IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Redakcja "Kroniki"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3 ... 12 ... 23  Next
Admin
Liczba postów : 4129
avatar
Admin

Redakcja "Kroniki" znajduje się w jednym z wysokich biurowców w centrum miasta. Redaktorem naczelnym gazety jest Henry Marchant.


Ostatnio zmieniony przez Admin dnia Sro Mar 26, 2014 11:45 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Miała się bawić, zapominać, szaleć, miażdżyć swoją moralność… A ostatecznie idealnie dopasowane szpilki zaprowadziły ją do pracy. Pracy, do której nie musiała chodzić, biorąc pod uwagę fakt, że dysponowała dość bogatym zapleczem finansowym. A jednak chciałą sprawiać pozory. Wiedziała, że i tak nikt w nie nie wierzy, a plotki jakie mogła usłyszeć na swój temat były - łagodnie mówiąc - mało pochlebne. Jako komentarz nie miała nic, prócz wzruszenia ramion.

Do redakcji weszła nonszalancko, jak zawsze z pewnością, której nie powstydziliby się dawni możnowładcy. Szef jej nie znosił i chyba nawet nie szanował, ale cenił jej artykuły, bo Theresa wścibiała nos wszędzie bez skrupułów i bez ograniczeń. Tylko Naczelny pozwalał jej udawać, że pracuje i jakoś ją tolerował. Cała reszta jawnie jej nienawidziła. Kobiety ześlizgiwały się po niej jadowitym wzrokiem, a mężczyźni albo pluli pokątnie z pogardą, albo ślinili się na względy Theresy, której niejedna kobieta mogła pozazdrościć. Ale Theresa nigdy nie pozwoliłaby na to, by któryś z tych mężczyzn ją dotknął. Albo jakikolwiek inny mężczyzna. Prędzej wyrwałaby mu gardło własnymi zębami. Była przyzwyczajona, że samcza część społęczeństwa traktowała kobiety jak rzeczy, a ona nienawidziła być rzeczą.

Nie oglądając się na nikogo, od razu ruszyła w stronę gabinetu redaktora naczelnego i weszła bez pukania. Nie zrażając się nawet tym, że w środku ktoś był - jakiś starszy mężczyzna. Może ważny, może nie. Dla Theresy nie miało to znaczenia. Mistrzowsko udało zaskoczenie.

- Oh, przepraszam. - powiedziała łagodnie. - Nie miałam pojęcia, że ktoś tu jest, ponieważ byłam umówiona właśnie na tę godzinę. Pan wybaczy… - pomogła mężczyźnie wstać, a on urzeczony jej urokiem osobistym nawet za bardzo nie protestował, a Theresa trajkotała dalej. - To sprawa najwyższej wagi. Pan musi mnie zrozumieć, proszę się nie gniewać. Proszę dać mi dziesięć minut. - pchnęła lekko, sugerując mu wyjście za próg. A gdy był już na zewnątrz uśmiechnęła się do niego uroczo, przepraszająco. I zamknęła drzwi. - Albo godzinę. - dodała już twardszym tonem. Potem usiadła na fotelu przed biurkiem. Nic sobie nie robiąc ze wściekłości malującej się na twarzy Henry'ego. Rozsiadła się, kładąc ręce na fotelu i prezentując całą kobiecość, jaką miała do dyspozycji.

- Daj mi jakiś dobry temat, Henry. - zaczęła w końcu. - Coś, co zajmie mi trochę czasu. Sam wiesz, że nie jestem tu mile widziana.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
O godzinie szóstej trzydzieści osiem, sekund pięć, w pracy nie było praktycznie nikogo. Jeśli liczymy Lucy, która została przyjęta zaledwie tydzień temu, otrzymujemy całe dwa procenty łącznie z panem naczelnym i kilkoma ludźmi, którzy wybierają się do domu. Przez hol przesuwało się parę osób z nocnej zmiany, ktoś w drzwiach wymieniał się poglądami na temat nowych sposobów wydobycia energii.
Lucy pojawiła się w naprawdę nieodpowiednim momencie, zważywszy, że będąc sekretarką Marchanta musiała znosić jego humor. Biedna, niewinna, młoda Lucy tego popołudnia miała się stać świadkiem niezwykle czułej rozmowy między Henrym, a Theresą. Przynajmniej przez chwilę oglądała teatrzyk wypraszania pana McBerry za drzwi. Redaktor rzucił sekretarce wymowne spojrzenie, które nakazywało jej zająć się dziadkiem na jakiś czas.
Zaciskał i rozluźniał szczękę gładząc się chwilę po brodzie. Położył w końcu rękę na blacie biurka i poprawił się wygodnie na fotelu. Zerknął przelotnie na zegarek, później spojrzał na Theresę.
- Wróciłaś z teoretycznie płatnego urlopu po dwóch tygodniach, sześciu godzina... zresztą nieważne. Jestem pod wrażeniem. Jak tak dalej pójdzie to uznam, że się tutaj zadomowiłaś.
Wyglądał na wyjątkowo spokojnego, ale jak tak dalej pójdzie to kiedyś pęknie mu żyłka i opierdoli ją za nic, co również zapewne przejdzie obok Theresy bez najmniejszego zainteresowania. Problem w tym, że Marchant miał tę cechę która przy odpowiednim wykorzystaniu mogła górować nad wszelkimi argumentami. Informacja to władza. Władza to możliwość podejmowania decyzji. Jakich?
- Zależy co cię interesuje. - odpowiedział znając po części odpowiedź na to pytanie. Miał dla niej parę propozycji, ale na razie wolał załatwić sprawy bieżące. - Nadal nie dostałem od ciebie roboczego artykułu, który ostatnio ci zleciłem.
Oparł się wygodniej na krześle, przechylił lekko w tył i sięgnął dłonią do szafki i przekładając jakieś papiery. Część z nich przegrodził palcami, jakby zaraz miał owe foldery wyjmować na wierzch.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
W odpowiedzi na przytyk względem zaległego artykułu przewróciła oczami. Można było o niej powiedzieć wiele rzeczy (rzeczy, które mało kto nazwałby komplementami), ale na pewno nie to, że była niesłowna. Znaczy… Owszem, była. Ale tylko w sprawach towarzyskich. Jeśli zaś chodziło o pracę to dbała o swoje biznesowo słowo. Natomiast terminy… Cóż, terminy bardzo ograniczały, a Theresa nie lubiła być ograniczana. Demonstracyjnie sięgnęła do torby i wyciągnęła szarą kopertę. Wychyliła się lekko z fotela tak, żeby z łatwością rzucić ją na biurko, a przy okazji pokazać co nieco z głębokiego dekoltu. Jeśli Henry otworzy później zawartość znajdzie tam trzy strony maszynopisu artykułu zatytułowanego: „Zamęt na salonach.  Czyli jak Różowa Koronka psuje śmietankę towarzyską”.  Theresa mimowolnie przypomniała sobie o Minnie, bo ten artykuł oprócz tego, że obsmaruje paru ważnych osobistości, uderzy również w miejsce pracy uroczej prostytutki. Został napisany wcześniej niż odbyła się wizyta panny Reebentoff i kobieta zastanowiła się czy gdyby kolejność była odwrotna, to artykuł miałby taki sam kształt. Theresa uśmiechnęła się z lekką pogardą, a pogarda ta była skierowana przede wszystkim dla niej samej. Gdyby kolejność była inna, pewnie dostałoby się również i przesłodkiej Minnie… - pomyślała, ale mimo wszystko poczuła przyjemne ciepło w dole podbrzusza.

- Nie jest to może to, czego byś oczekiwał. – skwitowała kopertę. – Ale zapewniam cię, że jest lepsze.

Znów rozsiadła się na fotelu – swobodna, pewna siebie, kokieteryjna.

– A co do nowego zlecenia, to zależy mi przede wszystkim na tym, by długo tu nie wracać. – uśmiechnęła się  szeroko, zmieniając pozycję na taką, która uwidoczni krągłości biustu. – Oczywiście, żebyś źle o mnie nie myślał… Nie chodzi o ciebie. Uwielbiam cię, Henry. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ale… Cóż, twój zespół redakcyjny nie darzy mnie zbytnią sympatia. Połowa facetów masturbuje się w domu na moje wspomnienie, a druga, na to samo wspomnienie, bije swoje żony. Ich śliniące oblicza są nawet zabawne, ale wolałabym, żeby żadna kobieta nie cierpiała niepotrzebnie, tylko dlatego że mąż musi wyładować wkurwienie w pracy.  Więc sam rozumiesz… - Rozłożyła ręce. A po chwili wygrzebała z torebki paczkę papierosów i zapaliła jednego wydmuchując demonstracyjnie dym. – Sam też nie będziesz za mną tęsknił, więc zrób coś dla siebie i daj mi coś, nad czym długo będę musiała pracować.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
Zacisnął palce na kilku kartkach, wysunął je do siebie z szuflady, ale nie wyjął do końca zerkając na panią Reebentoff z ukosa.
Była bezpardonowa, jedyna w swoim rodzaju, pewna siebie, nienagannie sarkastyczna, błyskotliwie domyślna, bystra, słowem ideał. Tak? Uważała się za taką i próbowała w błyskach fleszy pokazywać wszystkim swoją nonszalancję. Wszystkie reflektory jak zaczarowane skierowane w jej stronę. Może właśnie dlatego za nią nie przepadali. Za zadufanie i przeświadczenie o własnej racji. Ponadczasowe pompatyczne podchodzenie do rzeczy, które nawet nie należą do jej gestii. Jeśli o czymś mowa, jeśli o tym głośno, to na pewno ma jakiś związek właśnie z panią dziennikarz. Któż mógłby równać się tej błyszczącej gwieździe, która wskazuje kierunek?
Przyjął kopertę bez najmniejszych uczuć czy emocji malujących się na twarzy zdenerwowanego człowieka. On też nie był bez grzechu. Jak wygląda? Pan redaktor, który trzyma wszystko w szachu. Pan zimny i obojętny. Na pewno nie generalizowałby wszystkich innych ludzi do jednego stereotypowego stwierdzenia, chociaż tak... Tak właśnie jest. Jeśli spojrzeć na to z rzeczywistej strony - ludzie są okropnie głupi. Głupi nie dlatego, że nie mają możliwości, ale brakuje im chęci do zdobycia czegoś więcej. Do bycia bardziej odpowiednią osobą niż w chwili obecnej. Do posiadania wiedzy i zdobywania jej.
Przyjął kopertę i przesunął ją na prawo, blisko kilku innych arkuszy, które jednak już przeczytał. Słuchał Theresy wybierając już konkretny temat, na razie odwrócił kartkę pustą stroną do góry lecz położył na niej splecione ze sobą ręce. Długo tam nie pozostały, bo zaczął się trząść ze śmiechu słuchając tego co mówi jego podwładna. Może tylko dlatego, że faktycznie miała racje lub jego zdaniem wygadywała bzdury? Szczerze go to nie obchodziło.
- Przychodzisz do pracy przynajmniej co... tydzień? Na pewno. - zaczął przesuwając kartkę w stronę kobiety. Na prawidłowej stronie mogła zobaczyć informacje dotyczące kolejnego artykułu. Paserstwo i przemyt nielegalnej broni. Będzie się musiała nachodzić zanim w końcu na coś trafi i do czegoś dojdzie.
- Kiedy już zjawisz się na czas, dostajesz pod swoje skrzydła nowego. Nie obchodzi mnie to, czy będzie się masturbował w czasie kiedy uchylisz mu rąbka tajemnicy jak wykonywać dobrze swoją pracę. Czy stanie się zarozumiałym feministą w drodze do przeszczepu macicy? - wsunął kartki z powrotem do szuflady chwilę później ją zamykając.
- Robienie tego co tydzień przez kilka godzin nie sprawi, że wyrośnie ci na dupie wielki wrzód. A na artykuł masz miesiąc czasu wstępnie. - powiedział równie obojętnym co przed chwilą głosem jakby czytał prawo konstytucyjne.
- Lucy? - powiedział podniesionym głosem, żeby usłyszała go sekretarka. Dziewczyna przyszła cała zaaferowana, bała się otworzyć drzwi, ale w końcu zjawiła się kiedy w gabinecie panowała cisza. - Przyprowadź... - tego... jak mu tam... - ...nowego.
Sekretarka czym prędzej kiwnęła głową w pełnym zrozumieniu i nie patrząc już na nikogo, wyszła przed gabinet. Zajęło to może mniej niż minutę jak drzwi uchyliły się po raz kolejny. Stanął w nich ulizany chłoptaś. Wyglądał niby na typowego kujona, chociaż gdyby ściągnął okulary - kto wie? Człowiek nie do poznania. Schylił się w niepewnym ukłonie, zerknął najpierw na swojego szefa, później na nieznajomą i oblał się lekkim rumieńcem. Nogi, nogi. Ach zwrócił uwagę na nogi. Kto wie co sobie teraz Reebentoff myśli? Pogładził się dwa razy po włosach sprawdzając czy aby na pewno wygląda kulturalnie i jak się należy - w końcu pracuje tutaj od całych trzech dni.
- Aa! Znaczy się... - mruknął pod nosem. - Moje nazwisko Pickles. Alphonse. - przestawił się, bo wcześniej przecież stał i nie odzywał się słowem jakby czekał na naganę od naczelnego. Tak jednak się nie działo. - W-w... - zerknął na Theresę. Odchrząknął. Przełknął ślinę. - Wzywa-ał mnie pan?
Marchant w tym czasie podniósł się ze swojego miejsca podchodząc na róg pokoju, do szafki, z której wyciągnął folder-życiorys podopiecznego dziennikarki.
- Tak. Chciałbym przedstawić panu nową przełożoną i nauczycielkę w jednym. Theresa Reebentoff. Ufam, że nauczy się pan od niej samych dobrych rzeczy.
Tak naprawdę to wątpił, ale przecież będzie nadzorował ich pracę.  Henry położył plik papieru na biurku przed Reebentoff i usiadł z powrotem na swoim miejscu. W sumie Theresa była w stanie złamać tego małego blond chłopaczka, który sam nie wiedział, czy nadaje się do tej pracy. Miał jednak pewien rodzaj potencjału. Wszystko krzyczało - wydobądź go, wydobądź Thereso!


Ostatnio zmieniony przez Henry Marchant dnia Czw Mar 27, 2014 7:49 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Uśmiechała się lekko, obserwując poczynania Henry’ego. Jego gesty dłońmi, kamienną twarz. Z przekorą zastanawiała się co też dzieje się pod tą maską obojętności, pod tym obliczem pokerzysty. Zastanawiała się, czy już zdołała go maksymalnie wkurzyć do tego stopnia, że wybuchnie, czy może ta nagroda czeka ją przy okazji kolejnego spotkania. Obserwowała go bystrymi oczami i wiedziała, że on robi to samo. Właśnie dlatego lubiła z nim igrać - Henry był inteligentny, przenikliwy i sporo wiedział o ludzkiej naturze. Wyprowadzić kogoś takiego z równowagi! Reebentoff zaśmiała się w duchu na tę myśl.

Gdy Naczelny podsunął jej kartkę, przeczytała temat i skinęła aprobująco głową. Już dawno nie dostała nic tak bardzo ciekawego. Jak dobrze pójdzie, to czeka ją naprawdę interesująca przygoda. Jak dobrze pójdzie to…

- … dostajesz pod swoje skrzydła nowego.

To zdanie zdecydowanie zepsuło Theresie humor. Resztę puściła mimo uszu, chociaż normalnie pozwoliłaby sobie na wyszukaną ripostę. Czuła jak krew zaczyna jej się gotować w żyłach, ale na twarzy wciąż miała niczym nie skażony nonszalancki uśmiech.

- Musisz go naprawdę nie lubić. - wstała nieśpiesznie, demonstracyjnie wygładziła spódnicę. Mówiła łagodnie. Jakby właśnie umawiałą się na herbatę z angielską królową. - Mam nadzieję, że jest poukładany jak wytresowane zwierzę, bo jak będzie szczekać, zrobię z niego dziwkę na posyłki. - sięgnęła po torebkę i stanęła w pełnej okazałości przed biurkiem. Patrzyła na Henry’ego z góry. - A ograniczenie do miesiąca to wiesz, gdzie możesz sobie wsadzić. - nie było w tym nic z pytania. - Dzieciak przyczepiony do spódnicy na pewno nie przyspieszy mojej pracy.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
Alphonse zerkał to na Marchanta, to na Theresę. Nie wiedział co się dzieje. Powiedziano mu, że procedura jest taka, a nie inna i powinien dostać przydział jakoś do końca tego tygodnia. Potem rozpocznie swoją pracę. Jak nieoszlifowany diament. W rękach takiej kobiety. Cóż to będzie za współpraca. Dobrze, że nie słyszał tego co powiedziała wcześniej.
- Proszę nie być nieprofesjonalną. - W tym momencie uśmiechał się w myślach, ale na zewnątrz tylko marszczył brwi w zdumieniu. - Znam pana Picklesa od pięciu minut. - Równie dobrze mogła być to Lucy, ale dostała inną rolę po tym jak poprzednia sekretarka, pani Whithemore została zwolniona na urlop.
- Proszę zerknąć na plan budynku. Dział skarg, wniosków i zażaleń znajduje się na lewym skrzydle, ale zawsze lepiej się upewnić. Życzę miłej współpracy.
Na ostatnie słowa odnośnie terminu nie odpowiadał. Miał pewien pomysł, bez potrzeby wcześniejszego ujawniania zamiarów. Jednego był pewien, ten młody człowiek może faktycznie mieć problemy z nadwrażliwością na bodźce zewnętrzne.
Blondyn przesunął się na bok chcąc chyba przepuścić kobietę w drzwiach, zaraz jednak przeleciał szybko na drugą stronę otwierając przed Theresą drzwi w nonszalanckim stylu.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Nie spuszczała z Alphonsa wzroku do momentu, gdy wszedł. Wiedziała, że go peszy. Wiedziała, że młodziak ulega jej urokowi, a Theresa nawet jeszcze nie kiwnęła nawet palcem. Wyglądał jak rozmemłane ciasto - bez kształtu, bez charakteru, podporządkowany wszystkiemu, co zostanie mu powiedziane. No, mój kochany, tak to nie zostaniesz dziennikarzem. Jąkał się, chciał wypaść jak należy, a na domiar wszystkiego można było czytać w nim, jak w otwartej księdze. Myliłam się. - pomyślała rozbawiona. - To będzie świetna zabawa.

Było tyle możliwości! Aż sama nie wiedziała, co zrobi temu słodkiemu blondynkowi. Te myśli pochłonęły ją tak, że prawie przestała zwracać uwagę na Henry’ego.

- Nigdy nie jestem nieprofesjonalna. - skomentowała słowa Naczelnego, ale patrzyła na chłopaka. - Przynajmniej jeśli chodzi o jakość pracy.

Ruszyła w stronę wyjścia, a gdy Alphonse otworzył jej szarmancko drzwi, roześmiała się perliście. Roześmiała się tak, jak już dawno się nie śmiała - szczerze. Chłopak był niesamowity w swojej poprawności. Prawie ją to urzekło. Odwróciła się na progu w stronę Henry’ego.

- Świetne zagranie. - puściła do naczelnego oczko.

Zaraz za nią wyszedł chłopak, nie wiedząc, co go czeka na początek. A czekał go chrzest. Chrzest w “Kapitanie Morganie”.

---> Druga Strefa
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
Chyba faktycznie popełnił mały błąd nie sprawdzając kim jest Alphonse do końca. Niewiedza zaprowadziła go do punktu, w którym nachylony nad biurkiem, z rękami założonymi na blacie jakby je skrzyżował przed chwilą na klatce piersiowej, zastanawiał się z tępym wzrokiem wbitym w zamknięte drzwi... czy na pewno dobrze robię?
Chyba pierwszy raz widział u Theresy tak żywe zainteresowanie sprawą. Jeśli zapomni zająć się artykułem, pewnie Marchant powierzy go komuś innemu ku niezadowoleniu dziennikarki. Co się stanie z panem Alphonsem Picklesem? Jak bardzo przewartościuje się jego świat? Dlaczego Theresa jest taka zadowolona?
Kłopoty... Oj będą kłopoty.
Na razie trzeba było się zająć sprawami rzeczywistymi. Zaraz po wyjściu nowego duetu, do gabinetu zapukała Lucy oznajmiając, że pan McBerry szykował się już do wyjścia. Henry ze zdumieniem zerknął na zegarek zdając sobie sprawę, że minęło więcej niż dziesięć minut. Poprosił do siebie staruszka, przeprosił go za zaistniałą sytuację i kontynuował poprzednią rozmowę. Był święcie przekonany, że spóźni się na umówione spotkanie.

Z/T ---> [PARK MIEJSKI]
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
<--- [ZŁOMOWISKO]

Marchant nie chodził już tak zły jak wcześniej. Może to wszystko za sprawą pozbycia się na jakiś czas Reebentoff, która zajęła się swoją świeżutką sprawą? O powodzeniu misji jaką powierzył kobiecie nie miał wątpliwości. Łączyła w sobie kilka zalet, które niestety topiły się w pięknej toni całokształtu. Była na swój sposób wyjątkowa, ale, ale... Nie w ten przesycony samouwielbieniem, nie w ten do bólu wyemancypowany i idealny sposób.
Jaka była Reebentoff? Nie znał jej. Mogła być... Niepokorna. Mogła być najgorszym typem pracownika, na jaki sobie mógł Marchant pozwolić. Tak, ale była też jedną z najlepszych dziennikarek, co nie ulega wątpliwości. Póki co, ściany, ale i nie tylko one, mają uszy. Informacje napływają z każdej strony, a Theresa aż się prosi, żeby coś z tym w końcu zrobić. Pytanie - Czy pogadanka w gabinecie pomoże? - jest raczej bezsensowne. W takim razie co?
Przez chwilę gapił się w półotwarte okno, obracał zapalniczkę w dłoniach, otwierał ją i dotykał sprężynki, chwilę później metalowe puzderko zamknęło się z cichym kliknięciem. Nacisnął na szufladę, która zgrabnie wjechała w do przygotowanej specjalnie ścianki.
Odwrócił się do biurka, do maszyny. Odsunął pokrywę, wyciągnął kartkę przejeżdżając po niej wzrokiem. Musiał przeczytać wszystko jeszcze raz. Od nowa sprawdzając, czy całość trzyma się z jego zamysłem. Nie pisał artykułu, nie sprawdzał, nie dokonywał korekty. Próbował od jakiegoś czasu wrócić do formy, stworzyć coś swojego. Kiedy dokładnie zaczął? Może tydzień temu, mniej?
Nie podpisywał się własnym imieniem i nazwiskiem, ale wymyśloną tożsamością pana M. Na razie tylko zarys, na razie jakieś urwane opowiadanie o świecie, który nie istnieje, ale mógłby przecież istnieć jeśli tylko by się spróbowało ten obecny, dotknąć i śmiałą ręką zmienić. O rzeczywistości innej i takiej samej. O równoległym postrzeganiu tego co zakazane.
Oparł się wygodniej na krześle, trzymał kartkę w obu rękach przed sobą, złożył łokcie na oparciach fotela. W jedną literę, słowo. Czarno na białym. Kilka myśli mu spokoju nie dawały i nie była to już żadna pani Reebentoff ani też jakiś papier do byle druku.
Nagle zapukał ktoś, drzwi otworzył, wychylił głowę szukając i znajdując szybko wzrok reaktora. Wymieniono kilka słów, kilka zdań. Drzwi na powrót się zamknęły. Nie został w redakcji sam, ale większość ludzi z normalnej zmiany pouciekało już do domów. Musiał zapisać coś jeszcze w dzienniku, że spotkanie o pracę tej całej... muzykantki, musi przenieść na inny termin. Odczytał co ma zrobić na jutro, z kim się widzi, gdzie i o jakiej porze. Zamknął zeszyt, powoli i z ociąganiem zebrał kartki, włożył do teczki i przywdział na siebie marynarkę. Szalik przewiesił na szyi, chociaż i tak nie było zimno. Może tylko ciemno, bez słońca, ale nadal przyjemnie ciepło.

Z/T [PARK MIEJSKI]
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
<--- [PARK MIEJSKI]

Kolejny dzień i kolejne stawienie się w pracy. Wrócił do domu wcześniej niż przypuszczał. Nie było Charlotte, Naina przygotowała dla niego kolację. Siostrzyczka pojawiła się dopiero późnym wieczorem, a Marchant musiał przyznać, że coraz częściej zaczął zwracać uwagę na to co się z jego małą Charlie dzieje, ze zwyczajnej troski.
Przywitał się z Lucy, która jak zwykle była w biurze już dawno przed nim. Może nawet zanim wszyscy inni zjawili się w redakcji. Kątem oka dostrzegł także młodego Picklesa z niemrawą miną. Czy naczelny słyszał o tym co zrobiła Theresa? Oczywiście, że tak.
- Informuj mnie jakby ktoś czegoś chciał. - powiedział przywitawszy się wcześniej z dziewczyną. Rudowłosa kiwnęła głową w pośpiechu, uśmiechnęła się pod nosem. Już bez tego nerwowego wydźwięku jaki jej nie odstępował na krok od przyjęcia do pracy.
Redaktor zamknął się w swoim gabinecie. Musiał przejrzeć artykuły do zamieszczenia w następnym numerze gazety, spojrzeć na korekty jakie zostanie zmuszony wprowadzić do plików przekazanych na jego biurko. Artykułu o Koronce jeszcze nie czytał. Jeszcze.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
---> Dom Burnettów

Załatwił kilka spraw po drodze, by w końcu znaleźć się pod gmachem redakcji. Jeszcze przed drzwiami zgasił papierosa. Co myślał po drodze, coś na pewno, zastanawiał się co ma zrobić co powiedzieć, jak zareagować, głupi artykuł, po cholerę takiej gazecie zajmować się pierdołami, przecież Wiktoria nie była jakąś celebrytką, Bleck może ale nie jego żona.
Burnett nie miał zamiaru rozmawiać z jakimś dziennikarzyną rządnym sensacji, wszedł do środka i od razu skierował się do biura naczelnego. Oczywiście sekretarka wybiegła mu na powitanie.
- Dzień Dobry - rzuciła Burnett - do Marchanta - oparł dłoń o biodro odsłaniając tym samym odznakę.
- Naczelny jest zajęty - odpowiedziała trochę zdenerwowanym głosem dziewczyna.
- Dobrze to ja poczekam - potem już nic nie mówił usiadł na krześle uważnie obserwując, biegających dziennikarzy. Co chwilę Burnett zawieszał pytający wzrok, zapewne na sekretarce, "Długo mam jeszcze czekać" , ta spuszczała głowę i udawała wielce zajętą. Ale przecież on sam przywykł do czekania. Poczeka i teraz, nie spieszy mu się.
-
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
Sekretaka może nie chciała wylecieć z pracy lub po prostu rzetelnie wykonywała swoje zadania. Aż za bardzo co jest też oznaką nadgorliwości. Zapomniała o szkopule, ale nie tyle samo nazwisko jak ranga policjanta upoważniała do zapomnienia o błahostce.
Z gabinetu wyszedł człowiek wieku średniego, ogolony po bokach krócej niż w paśmie środkowym całej głowy. Dotknął okularów, siorbnął nosem i raz po raz zamykał teczkę. Sekretaka nie zwróciła na niego uwagi. Prawdopodobnie dziennikarz jak inni.
W tym momencie Burnett mógł wejść do środka. Lucy spojrzała na Kevina, wstała ze swojego miejsca i weszła do gabinetu redaktora. Po chwili oznajmiła, że może wejść.
- Panie Burnett... - przywitał się Henry powstając na chwilę ze swojego miejsca. Wskazał mu fotel, przed biurkiem, na którym mógł usiąść.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
Uśmiechnął się lekko kącikiem ust do sekretarki, właściwie to był grymas twarzy nie uśmiech. Wyminą mężczyznę wychodzącego z gabinetu po czym wszedł do środka. Przywitał się z naczelnym po czym usiadł na wskazanym miejscu. Chwile milczał jakby rysował sobie portret pamięciowy mężczyzny, jak będzie trzeba na list gończy jak znalazł, chociaż nie przypuszczał, że Marchant będzie skakał przez okno, bo nie miał powodu chyba. Marchant na pewno nie był z pierwszej łapanki.
- Ma pan ostatni numer kroniki? - rozejrzał się ze spokojem po biurku. Nic więcej nie powiedział jakby czekał na to aż faktycznie ten numer dostanie do ręki.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Myślałem, że jest pan przygotowany. - założył ręce na klatce piersiowej taksując Burnetta wzrokiem. Przyszedł zrobić przesłuchanie, dowodzić swoich racji, czy inne tego typu pierdoły. Marchant miał dla niego ciekawą informację i nie był źle nastawiony. Wskazał ręką na gazetę, która leżała na biurku zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od niego jeśli by się wychylił.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
Może widział może nie, nachylił się, do biurka sięgając po gazetę.
- A pan? - rzucił przeglądając pierwszą stronę - "Morderstwo w trzeciej Strefie", "Moc charytatywnych Inicjatyw", "Zamaskowany złodziej" i tak dalej i tak dalej... piękne tytuły jak na pierwszą stronę - dodał po przeczytaniu kilku nagłówków. Burnett również nie był wrogo nastawiony, od przecież policja i prasa powinna współpracować, chyba, chociaż faktycznie było inaczej i jedni i drudzy trzymali się z daleka od siebie.
- Wydawało by się że gazeta jest rzetelna i zajmuje się poważnymi sprawami? Czy się mylę panie Marchant?
Wzrok jego powędrował gdzieś do oczu naczelnego jakby wyczekiwał na jego odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Do szczegółów. Psychologiczne próby wywarcia na mnie decyzji na nic się zdają panie Burnett, jakkolwiek by pan swoim zamiarom zaprzeczał. - powiedział uśmiechając się ponuro pod nosem. Czyżby służbowe przyzwyczajenia do górowania nad świadkiem? Już nie wspominając o tym, że powinien pan kierować do pierwszej instancji, redaktora danego działu.
- Proszę spojrzeć na rubrykę. Jej nazwę. Nazwisko dziennikarza jeśli pan chce. I sposób sformułowania tekstu. - polecił nie ruszając się z miejsca. - Śledzi pan gazety?
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
- Do rzeczy, nie podważam pana inteligencji, ale chyba wie pan w jakiej sprawie przyszedłem - Pokręcił głową z lekkim uśmiechem.
- Nie interesuje mnie kto napisał artykuł... po co zaśmiecacie ludziom głowę by robiły się niepotrzebne plotki... aż takie to ważne, czy może odwracacie uwagę czytelników spraw którymi powinniście się zająć... mam wymieniać?
Przerwał na chwilę zamyślając się na chwilę.
- Tak wiem wiem wolność słowa i inne wzniosłe cele, niech pan tylko zapamięta słowa wylatują z ust wróblami, a wracają wołami.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Lepiej uważnie przejrzeć. - skomentował i ustawił łokcie na oparciu fotela. Wprawdzie Kevin miał trochę racji, ale Marchant na niektóre rzeczy wpływu nie miał. Działał pod jurysdykcją burmistrza, a burmistrz miał konkretne żądania.
- Przysłowia nie należą do prawd kategorycznych. Ani ja, ani pan nie wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko. - skwitował podejście Burnetta.
- Nie mam zamiaru tłumaczyć siebie, ani redaktora działu na temat tej małej plotki, będącej dodatkiem do numeru. Proszę rozważyć kilka spraw. Jest pan wnikliwy, posiada pan zdolności trzeźwego, analitycznego rozpatrywania danych przypadków... Zwolnię redaktora działu, z jego podpisem wydam w następnym numerze sprostowanie. Dodam, było kilku świadków. Sytuacja z panem Blackiem się powtórzy, nie mówię już o pana małżonce, ale ogólnie. Jaki z tego morał? Cóż... - zamilczał na dłuższą chwilę.
- Nie taki diabeł straszny jak go malują? - zapytał, a jeśli się Burnett skupił na tym co wcześniej Marchant powiedział o jego przysłowiu, trochę można dyskutować. Tym razem nie chodziło mu ani o siebie, ani Burnettów.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
- Przeglądam codziennie rano z dużym zainteresowaniem - uśmiechnął się w jego kierunku, czy był to szczery uśmiech, to już zostanie w głowie samego Burnetta. Potem wstał kładąc powoli gazetę na biurku naczelnego.
- Nie żądam od pana ani niczyjego zwolnienia, ani sprostowania dotyczącego pana Blecka czy mojej żony - zamyślił się - proszę tylko o przemyślne rozważanie wydawania tak poczytnej gazety, na to pan chyba ma wpływ czyż nie? O artykuły obiektywne i nie insynuujące czegokolwiek, i rzetelne.
Spojrzał na niego, a w głowie pojawiła się pewna sytuacja
- Nie chciał by pan chyba aby w prasie ukazał się artykuł o tym jak to dziennikarze pozyskują informacje, prawda?
Obszedł krzesło kierując się do wyjścia, gdy ten posłał przekornie lub nie przysłowie nie uznał tego za zaczepkę.
- Nie wiem nie znam się na sztuce... - kącik ust wraz z wąsem drgną do góry.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- To nie postanowienia, ale założenia, panie Burnett zakończone wątpliwością. Zresztą...
Gdyby plotka poszła o kimś innym Burnett nie ruszyłby swoich czterech liter ze stołka przy biurku.
- Blacka. - rzucił. - Jako dumny obywatel poczytuje się pan do obowiązku naprawy czwartej władzy. - dodał obojętnym tonem.
- Nikt nie byłby zadowolony z hospitacji w rewirze swojej działalności. - uśmiechnął się pod nosem opierając na ręce.
- Postaram się coś z tym zrobić. - odpowiedział w końcu rezygnując z dalszego prowadzenia rozmowy z panem Burnettem.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 232
avatar
Kevin Burnett
Zatrzymał się słuchając z uwagą naczelnego, pewnie by się nie ruszył, ale to dotyczyło jego żony, i zapewne gdyby dotyczyło żony Marchanta która spotkała się z Blackiem zapewne i on ruszył by tyłek. Nie chodziło tu że glina przyszedł do gazety by wykazać się ambicją służbisty.
- Nie jestem tu służbowo - dodał by rozwiać wątpliwości Marchanta.
- Dziękuję zatem za poświęcenie mi swojego cennego czasu - spuścił głowę patrząc w podłogę jakby ponownie o czymś myślał.
- Jeśli by pan czegoś potrzebował, zapraszam po rzetelne informację, udzielę w miarę możliwości - nacisnął na klamkę spoglądając jeszcze raz na Marchanta.
- Do zobaczenia - pożegnał się skinieniem głowy po czym opuścił gabinet, wychodząc zmierzył chłodnym spojrzeniem sekretarkę, a za kolejnymi drzwiami przy wyjściu z redakcji odpalił papierosa. Ruszył w kierunku drugiej strefy.

ZT
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
Na szczęście lub nieszczęście, Marchant żony nie miał. Miał za to matkę i siostrę. Powiedziałby, że one też w jakimś stopniu się liczą do tego stwierdzenia.
- Skorzystam na pewno. - skinął głową i podniósł swoje szanowne cztery litery. Dotknął dłonią wierzchu gazety, którą zostawił Burnett. Przesunął ją bliżej siebie i rozprostowując palce, odwrócił w swoją stronę.
- W takim razie, do zobaczenia, panie Burnett...
A zobaczą się na pewno. I co zrobić z plotkami? To co powinno się wykonać już dawno. Niech znikną z gazety, to jest myśl.

Z/T
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
<--- [ULICA SZÓSTA]

Nie było tego dziwnego uczucia deja vu. Nie było praktycznie niczego poza myślą, że ta dziewczyna jest naprawdę młoda. Przeszedł dalej jak gdyby nigdy nic. Kupił sukienkę mając nadzieję, że Charlotte prezent się spodoba. Zapakował wszystko do auta i miał już wracać do domu kiedy zorientował się, że zostawił coś w gabinecie. Była może osiemnasta, koło dziewiętnastej, kiedy podjechał pod gmach redakcji. Zaparkował nie na swoim miejscu, gdzieś bliżej do windy z podziemia. Na parterze czekał spokojnie przy windzie wgapiając się w podskakujące cyferki. W końcu, na górze, wszedł do swojego gabinetu. Nie było Lucy, kończyła pracę o tej samej godzinie co pan Marchant, tym razem nie dawał jej nic jako dodatkową pracę do zrobienia. Niedługo był weekend. Następnym razem już taki milutki może nie być. W innej części redakcji pracowało kilka osób. Młody i cwany Billy chwiał się na krześle z uśmiechem wlepionym prosto w sufit. Nawet nie zauważył, że ktoś przechodzi obok.
Henry miał przerobić w domu projekt nowej „szaty graficznej” Kroniki skoro zdecydowali się na niemałe zmiany. Zmiany na lepsze. Poza tym zostawił parę innych rzeczy w jednej teczce. Miał iść, ale jakoś tak… usiadł już na krześle, ściągnął wcześniej marynarkę. W tym fotelu nawet papierosy się wygodniej pali.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff

Alphonse był wyraźnie zdziwiony, a może nawet zszokowany, zmianą postawy u swojej, jakby nie było, przełożonej. W drodze do redakcji zachowywała się jak prawdziwa dama. Uprzejma, przyjemnie dowcipna, uroczo uśmiechnięta. Ci, którzy kojarzyli Reebentoff rzucali im ukradkowe spojrzenia, czasem szeptali coś do siebie. Theresa zachowywała się, jak nie ona i młody Alphonse chyba zaczął mieć nadzieję, że coś się w tej współpracy zmieni. Do czasu aż weszli do redakcji.

Theresa zostawiła łagodność na zewnątrz. Władczym skinieniem głowy nakazała chłopakowi usiąść, a sama powiodła wzrokiem po redakcji. Marchant często zostawał po godzinach, więc miała nadzieję, że go spotka. Bill, który jako jeden z niewielu pracował nadal, przestał się interesować sufitem i spojrzał na wchodzących. Skrzywił się na widok Theresy.

- Piekło jest w innej dzielnicy. - krzyknął. - Pomyliłaś lokalizacje.
- No, rzeczywiście. Mój błąd. - odparła z uroczym uśmiechem. - Lepiej być pewnym swojego miejsca i siedzieć wieczorami w redakcji. Na szczęście nie muszę tego robić. - zrobiła znaczącą pauzę. - Bo moje artykuły są dobre. Więc jak już nabierzesz doświadczenia, zapraszam do piekła na trochę zabawy.

Puściła mu całusa i nie odwracając się ruszyła w stronę gabinetu Naczelnego. Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła światło gazowej lampki. Weszła bez skrepowania, zatrzasnęła drzwi i z właściwą sobie nonszalancją usiadła na fotelu.

- Tęskniłeś?
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Redakcja "Kroniki"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 23Idź do strony : 1, 2, 3 ... 12 ... 23  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: STARE RPOZGRYWKI I WSZYSTKO :: Miasto :: Centrum-