IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Redakcja "Kroniki"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14 ... 23  Next
Admin
Liczba postów : 4129
avatar
Admin
First topic message reminder :


Redakcja "Kroniki" znajduje się w jednym z wysokich biurowców w centrum miasta. Redaktorem naczelnym gazety jest Henry Marchant.


Ostatnio zmieniony przez Admin dnia Sro Mar 26, 2014 11:45 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Liczba postów : 135
avatar
Alphonse Carrot
Dał się pociągnąć za rękaw w kierunku drzwi. W spojrzeniu Carrota tkwiła wdzięczność za wybawienie z trudnej sytuacji. Z kieszeni w spodniach wyciągnął chustkę i dyskretnie wysmarkał nos, będąc już poza gabinetem. Pomięte zwolnienie lekarskie podał Lucy, odpowiadając na uprzednio zadane pytanie.
- Choroba mnie zmogła. Bardzo dużo mnie ominęło w pracy?
To było pytanie retoryczne. Z pamięci był w stanie wyliczyć co najmniej trzy wydarzenia - wernisaż O'Shea, temat Burtona i kradzież w laboratorium.  
- Chyba pójdę wytrzeć jej te plecy... hm? Pani Cotton jakaś taka poddenerwowana dzisiaj.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
Ciekawa z początku dyskusja zaczęła przybierać monotonnego toku. O ile kobiety wyglądały przedtem jak drapieżne kocice, teraz przypominały raczej surykatki walczące o kawałek jakiegoś dawno zdechłego już skorpiona. Kiedy jedna sięgała drugą łapką, tamta odskakiwała. Potem na odwrót. I tak w kółko. Więcej było jeżenia ogonów, skakania i ogólnego pisku, niż przesłania z tej całej dyskusji. Ponadto, Doyle zaczynał się tym męczyć. Nie miał zamiaru siedzieć nad jednym zakichanym artykułem tylko dlatego, że jedna z drugą nie mogły załatwić swoich pustych porachunków za drzwiami.
Theresa mówiła o tym, jaka to jest niezastąpiona, gdy zajmował miejsce za biurkiem. Kiedy skończyła, Williamowa pięść z hukiem wylądowała na hebanowym, starannie lakierowanym blacie.
- Dość - zirytowane spojrzenie skakało z twarzy Reebentroff na Cotton. Wstał ciężko i westchnął takoż.
- Ja tu, do ciężkiej cholery, próbuję pracować - zwrócił się do Fann. - W przeciwieństwie do niektórych. Powściągnij więc proszę jadaczkę, kiedy kolejny raz będziesz kazała mi się zamknąć, bo to nie ja jęczę tu, jak zdarta płyta, choć mój rewir znajduje się po przeciwległej stronie budynku - stanął naprzeciw Fanny Cotton i wbił chłodne spojrzenie w jej kocie oczy.
- Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Zrób mi więc przysługę i zabierz stąd swoje rogate usposobienie i skorzystaj z niego przy rozstawianiu po kątach swoich podwładnych. Wydaje mi się, że pan Marchant nie będzie zadowolony z faktu, iż ktoś dokłada wszelkich starań, aby zrzucić go ze stołka... - uniósł brew, wsunął dłoń do kieszeni i napił się kawy, cały czas patrząc na Fanny.
Czy byłby w stanie zadenuncjować Cotton? Nie lubił tego typu zagrywek, ale jeśli kobieta wyjątkowo zalazłaby mu za skórę... Doyle - w przeciwieństwie do Theresy - był sumiennym pracownikiem. Marchant darzył go taką dozą zaufania, jaką można zaoferować dziennikarzowi o stażu porównywalnym do czasu pracy panny Cotton.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Theresa zaciągnęła się po raz ostatni, po czym zgasiła papieros w popielniczce stojącej na willowym biurku. Uniosła brew, obserwując jego wzburzenie. No, no. Nie spodziewała się po nim takiego charakterku. Przekrzywiła głowę z zainteresowaniem. Zamruczała coś z rozbawieniem, po czym przysiadła na krześle stojącym na przeciwko biurka Willa.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
<< Dom

Och tak, dopiero zadzwonił do ekipy remontowej, której kierownik z podnieceniem w głosie aż cztery razy zapewniał go, że wszystko zostanie wykonane na czas, solidnie i zgodnie z oczekiwaniami zleceniodawcy. Sugerował mu spotkanie, podczas którego można będzie wybrać kafelki do łazienki, którą również mogą odnowić, jednak Henry zręcznie się z tego pomysłu przecież wyplątał. W następnej kolejności miał spotkać się z kamerdynerem o ciekawym profilu. Dwumetrowy weteran wojenny, który widział na własne oczy śmierć tysiąca (jeśli nie dwóch, czy trzech) ludzi, tortury, żywe nieszczęścia, gwałty i inne mordy... otóż ten dwumetrowy weteran, z barkami szerokości jego wejścia do salonu, chciał zmienić swoje życie na spokojniejsze. Tego spokoju upatrywał sobie w przekwalifikowaniu. Bycie kamerdynerem-gosposią, jest wszak idealną ku temu okazją.
Pokonał hol żwawym krokiem. Ściągał rękawiczki niespiesznie, spoglądając spod zmarszczonych brwi na pracowników. Winda stuknęła i był już na górze kiedy do jego uszu doleciały dziwne szepty osób znajdujących się najbliżej. Przeleciało obok niego kilka nazwisk. Dwa z nich przykuły jego największą uwagę. Cotton, Reebentoff. Te dwie kobiety w jednym miejscu sprawiały, że gdzieś na świecie topił się jeden Titanic. Odgarnął włosy na bok, chociaż nie potrzebowały takiej pielęgnacji, ułożone w idealny sposób. Ściągnął z ramion płaszcz i przewieszając go sobie przez przedramię, zbliżał się do tej grupki wzajemnego uwielbienia.
- Reebentoff, Cotton. Do mnie. - zabrzmiał mocny, podniesiony głos, chociaż nawet nie był blisko gabinetu Doyle'a.
- Brightlight, artykuły. - powiedział tym samym tonem mijając gabinet. Zatrzymał się krok dalej i odwrócił w stronę zbiorowiska.
- W tej chwili. - ryknął w stronę natapirowanego włosiska będącego utożsamieniem Cotton.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry
Liczba postów : 2879
avatar
Mistrz Gry
Fanny aż podskoczyła, kiedy Doyle okazał się być jednak mężczyzną, który w dodatku zachowuje się jak mężczyzna. No, tego to się po nim nie spodziewała. Na krótka chwilę aż się zapowietrzyła, w takim szoku się znalazła. Nie na długo jednak.
- Zamknij jadaczkę - powtórzyła powoli. Spojrzenie jej splunęło jadem ku Williamowi. I choć działo się to przecież w sposób metaforyczny, a więc i w jakiś tam sposób nawet duchowy... jad uderzył go prosto między oczy.
Niski głos Marchanta odbił się echem po korytarzu niczym odgłos spadającej lawiny w pięknej, górskiej dolinie pełnej zieleni, mchów i innych porostów. To nie był za żadne skarby ćwierk słowika. To była lawina.
Cotton wylazła zaraz z gabinetu i pomaszerowała za nim, bynajmniej nie dlatego, że tak kazał. W końcu go przed chwilą szukała.
- Nie jesteś ani moją matką ani moim szefem, by mi rozkazywać- rzuciła, stukając obcasami.- I pilnuj swoją cholerną pocztę, bo znowu trafiła do mnie! Jeszcze raz się coś takiego stanie a wszystko wyrzucę, albo użyję tego przeciwko tobie.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Theresa nie zareagowała tak szybko, jak Fanny. Nie była żadną suką, na którą można wołać od tak, po prostu, by przyszła na zawołanie do nogi. Była raczej jak samotna wilczyca. Więc teraz po prostu sięgnęła po kolejnego papierosa, odpaliła go wolno, jakby w jakimś sakralnym rytualne i wypuściła dym. Zerknęła na Willy'ego. Mruknęła, jak odprężona kotka.
- Do zobaczenia.
Podniosła się z gracją, przejechała dłonią po spódnicy, by wygładzić i tak idealny materiał. Wolnym krokiem, popalając papierosa, ruszyła w stronę gabinetu Marchanta. Tam usiadła na jednym z dwóch foteli stojących na przeciw biurka naczelnego. Założyła nogę na nogę.Spojrzenie miała leniwe, jakby niezainteresowane rzeczywistością. Spokojna i opanowana. Nie zamierzała się bawić w jakieś pyskówki z Fanny przed Marchantem.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 313
avatar
Lucy Brightlight
Była z Alphonse'm już na zewnątrz, więc żadne z nich nie widziało ognistych i pełnych przemocy spojrzeń, jakimi obrzucała się Wielka Trójka.
- No nie wiem czy to... - spojrzała na Cattora, który jak zwykle miał chęci naprawdę dobre i szczere, od serca, lecz jednak wykonania zwykle średnie. - Ona wygląda jak harpia.
Przechyliła się lekko, by dojrzeć co dzieje się w środku, ponieważ przed chwilą rozległ się huk. Zobaczyła Doyle'a z pięścią na stole. I wtedy nadszedł On. Pan Marchant. Najpierw go usłyszała.
Kiedy Henry zagrzmiał Lucy poczuła, że jej majtki zsuwają się o kilka milimetrów, a policzki pąsowieją lekko. Był taki męski!
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Cotton, zamknij tą swoją niewyparzoną jadaczkę i racz łaskawie skierować swoją osobę do mojego biura. - powiedział podniesionym ze złości tonem. - Proszę. - dodał równie uprzejmie co poprzednio. Otworzył przed nią nawet drzwi i kiedy je zamykał, spojrzał na Lucy.
- Nie ma mnie. - powiedział i zatrzasnął się w gabinecie. Przeszedł obok Theresy, zajął miejsce przy swoim biurku, rozstawił ręce i palce przytrzymując je na biurku. Wpatrywał się dłuższą chwilę w Theresę, potem przeniósł wzrok na Fanny.
- Macie sobie coś do powiedzenia? - zapytał i dopiero wtedy usiadł zerkając na jakąś rzecz położoną w rogu biurka.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Zaciągnęła się. Ona również patrzyła prosto na Marchanta, a jej wyraz twarzy mówił: "Serio? Czy nie mamy sobie coś do powiedzenia? Naprawdę o to pytasz?". Miała ochotę się roześmiać. Co on tutaj? Zamierza je opieprzyć tak, jak się opieprza niegrzeczne dzieci w szkołach z internatem? Theresa stwierdziła w duchu, że jeśli tak, to poniosła go ułańska fantazja. Ale może wszystko przez te idealne włosy. Kiedy Theresa zaczęła się im przyglądać, siłą rzeczy jej myśli odbiegły w stronę metroseksualizmu. Szybko została ściągnięta znowu do gabinetu przez wzrok Marchanta. Nadal nic nie mówiła. Zaciągnęła się raz jeszcze.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Nic? Zupełnie nic? - wodził wzrokiem od Fanny do Theresy. Poziom zniecierpliwienia zaczął rosnąć. Cotton wpieprzała się w nie swoje sprawy, a Theresa jeszcze podsycała ten stan.
- Dobrze. - uciął krótko. Przesunął jakąś rzecz po biurku po czym podniósł na tapiciarę wzrok. - Cotton, jak rozumiesz przydział obowiązków? Nigdy się nie nauczysz, że m o i pracownicy podlegają m n i e? To wszystko co mamy sobie do powiedzenia. Jeśli chciałaś wyjaśnić jakąś sprawę z pocztą, przekaż to mojej asystentce. - Na którą zrzuca się większość absurdalnych spraw, którymi nikt nie chce się zajmować. A te gromadzą się i gromadzą, a biedna Lucy przecież musi się jeszcze uczyć.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 135
avatar
Alphonse Carrot
- W sumie do twarzy jej z tymi smarkami na plecach.
Uśmiechnął się do Lucy z delikatnym podtekstem złośliwości. Przestąpił z nogi na nogę gdy w Redakcji pojawił się Marchant. Nie umknęło jego uwadze że Lucy pała jakąś fascynacją ku ich szefowi. Zanotował to sobie w pamięci...
- Ona zawsze tak się panoszy?
Zapytał kiedy Cotton, Reebentoff i Marchant zamknęli się w gabinecie wyroczni tego miejsca. W pewnym sensie zaczynał zazdrościć Marchantowi zarówno pozycji jak i powodzenia wśród kobiet.
- Pomóc Ci w czymś Lucy? Reebentoff obedrze mnie ze skóry z powodu tego zwolnienia.
Powrót do góry Go down
Mistrz Gry
Liczba postów : 2879
avatar
Mistrz Gry
Gdyby to było możliwe, Fanny włosy stanęły by dęba ze złości. Ale juz stały, tak były natapirowane.
- Ja mam. Niech ta podfruwajka zajmie się wreszcie pracą, a nie dupczeniem policji i narkomanów. Kilka dni temu zamknęli ja w areszcie. I tym razem nie za wtykanie tego kaczego nochala w rządowe sprawy. Pięknie sobie pracowników dobierasz, Henry - skąd o tym wiedziała? To proste, Fanny Cotton miała oczy i uszy wszędzie. Jej plotkarski szmatlawiec byl podobnie jak Kronika, sponsorowany przez władze, z którymi miała dobre stosunki. W końcu jej plotki odwracaly uwagę ludzi od niewygodnych spraw.
- I obiecuje ci, MArchant, wyrzuce wszystkie twoje listy, które do mnie przychodzą.
Na Therese nawet nie patrzyła, bo była zazdrosna o jej długie i zgrabnie nogi. Spiorunowala mężczyznę spojrzeniem, niczym gromowladny Zeus, odwróciła się zamaszyscie i wyszła z gabinetu. Stukajac obcasami.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Theresa zaciągnęła się spokojnie i powiodła wzrokiem za wychodzącą Cotton. Dopiero, gdy drzwi trzasnęły, wypuściła dym z płuc. Przeniosła spojrzenie na Marchanta, lewy kącik ust drgał w ironicznym uśmiechu. Nawet nie komentowała słów, jakie przed chwilą padły, a już na pewno nie zamierzała się tłumaczyć. Zamiast tego całkowicie zmieniła temat.
- Załatw z Willem, żebym dzieliła z nim gabinet. Wstaw biurko, fotel, jakąś szafek. Nikomu nie będzie to odpowiadać, ale myślę, że na razie jest to konieczne. I dla dobra redakcji. I dla mnie. - uśmiechnela szerzej. - Chyba nie chcesz, żeby władze doprowadziły twoja najlepszą dziennikarkę na stryczek, hmm? Po ostatnich wydarzeniach mam wrażenie, że o to im właśnie chodzi. - zrobiła niewinną i całkowicie zaskoczoną minę. -Zupełnie nie wiem dlaczego.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
Co za płytkie babsko. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, to wysiliła się jedynie na mierną próbę manifestacji swej urojonej wyższości. Na Williamie jej spojrzenie nie zrobiło najmniejszego wrażenia. Spojrzał na Cotton wzrokiem pełnym niesmaku. Dokładnie tak, jak patrzy się na wyjątkowo zacofane i zdehumanizowane niziny społeczne. Mierzył ją spojrzeniem, kiedy na korytarzu rozległ się głos Marchanta.
- Czas najwyższy, żeby ktoś rozpędził to awanturnicze zbiegowisko... - Will mruknął ni do siebie, ni do zebranych i zajął miejsce za biurkiem.
W końcu upragniony spokój. Dwie żmije opuściły jego rewir, stażyści zajęli się swoimi obowiązkami. Wprost idealne warunki do przepisywania artykułów.
Doyle wiedział, że ma trochę czasu w plecy, toteż postanowił się sprężyć. Napisanie na czysto całego tekstu zajęło mu około dwudziestu pięciu minut. Postawił ostatnią kropkę i wyciągnął kartkę z maszyny do pisania. Przejrzał jeszcze raz wszystkie zadrukowane strony i złożył je w jeden plik. Stuknął o blat, ażeby je wyrównać i opuścił gabinet. Na korytarzu rozejrzał się. Lucy stała niedaleko. Podszedł do niej zdecydowanym krokiem i wręczył jej kartki wraz z suchym „proszę”. Następnie wrócił do pracowni i zamknął drzwi. Zapalił papierosa i stanął przy oknie, obserwując automobile i dorożki mozolnie przemierzające zraszane deszczem ulice.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Nie zapomnij zamknąć za sobą drzwi Cotton. - rzucił patrząc gdzieś w swoje notatki z wczoraj. Nie interesowały go teraz słowa, musiał skupić na czymś wzrok, bo irytacja narastała w nim z chwili na chwilę.
- Nie wiem co ty chcesz zrobić i jaki masz cel w pakowaniu się w kłopoty, ale nie będę długo robił za twoje plecy. Jeśli nie polecisz ty, polecimy razem. Nie ma tu pieprzonych odstępstw, nie ma też żadnych umów. - mówił podniesionym głosem. - A może polubiłaś pasiaki? Proponuję na początek napisanie jakiegoś artykułu, który będzie mówił w przynajmniej neutralny sposób o tym co się dzieje. - syknął ostatnie słowo, a potem nachylił się w jej stronę, nie spuszczając wzroku z oczu Theresy.
- Mówiłem ci, że coś dla ciebie mam? To wymaga współpracy. - W tym wszystkim jakoś przemknęła mu informacja o Dyle'u. Pewnie, że myślał nad "usidleniem" Reebentoff. Jasne, że miał zamiar przydzielić jej jakieś konkretne stanowisko. Byłaby zapewne w jednym gabinecie z grubym Joe, który ciągle beka i dłubie w nosie.
- Masz stałe godziny pracy. - powiedział twardo, zgadzając się tym samym na to biurko u Williama. Niech jej będzie.
- Jeszcze coś?
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Wzburzenie Marchanta nie robiło na niej żadnego wrażenia. Ot, bo to pierwszy raz się na nią wydzierał? Tym razem jednak wyjątkowo nie podobał jej się ton naczelnego. Zachowywał się tak, jakby dawał wiarę tym wszystkim plotkom. Nie no, ok, dobrze, areszt mógł brzmieć trochę poważnie (zwłaszcza, że plotką nie był), ale policja od zawsze nie lubiła Reebentoff i zawsze mieli ze sobą na pieńku. Marchant pieklił się jakby miał PMS.
- Przecież z tobą współpracuję. - wypuściła stróżkę dymu. To było ostatnie zaciągnięcie, więc zgasiła papieros w popielniczce. - Stałe godziny pracy... Masz na myśli to, że będę przychodzić w tygodniu codziennie o której chcę i wychodzić, kiedy mam kaprys? Och, przepraszam, nie kiedy mam kaprys, ale kiedy praca będzie skończona. - westchnęła, chciała sobie podarować przepychanki. - Stałe godziny pracy nie są w moim wypadku możliwe. Ale... - podniosła na Marchanta wzrok. - Powiedzmy, że będę się starać.
Czy coś jeszcze? Och, z pewnością.
- Każ zorganizować mi miejsce pracy na jutro. Będę rano. - wygrzebała z torebki papierośnicę Ravena, po czym odpaliła kolejnego papierosa. Na jej ustach błąkał się uśmiech. - Artykuły same się nie napiszą.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2018
avatar
Henry Marchant
- Świetnie. - rzucił. Czy wierzył? Jej? Plotkom? Miał własny rozum? Był na nią w pewnym stopniu wściekły, ale nie należało to też do rzadkości. Inaczej okazywane poirytowanie.
- Do zobaczenia jutro rano. - uciął krótko i opuścił wzrok na blat swojego biurka.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Czy miała jeszcze coś dodać? Nie, i tak się w miarę rozumieli. Dawali sobie całkiem niezłe pole do tolerancji, inaczej nie wytrzymaliby ze sobą w pracy przez te ostatnie trzy lata.
- Uhmmm. - zamruczała, znów się zaciągając. - Nie zapomnij się tym zająć. - wstała, oczywiście, pełna gracji i elegancji. - Porozmawiam z Williamem. - uśmiechnęła się lekko. - Nie chcę przegapić jego euforii, gdy się dowie, że będzie ze mną pracować w jednym pokoju.
Skinęła lekko głową, po czym wyszła. Udała się wprost do gabinetu Willa... Nie, wróć. Do ich gabinetu. Weszła oczywiście bez pukania, po co miała pukać do swojego biura? A gdy weszła, oparła się plecami o drzwi.
- Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość, mój drogi Willy.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
Z rozmyślania wyrwało go nagłe wtargnięcie do gabinetu. „Niech ich wszystkich cholera, nawet odpocząć we własnych czterech ścianach nie można...” - zaklął w duchu i odwrócił się niechętnie w stronę drzwi.
Jego oczom ukazała się Theresa, która nie tak dawno stąd wychodziła.
- Ach, to ty - mruknął tylko i, unosząc pytająco brew, zaciągnął się papierosem.
Jej wyraz twarzy był co najmniej niepokojący. Wyglądała dokładnie tak, jakby zaraz miała podzielić się z Williamem jakąś bardzo interesującą - podniecającą wręcz - wieścią. Na uwagę zasługiwał fakt, iż to, co dla Theresy było podniecające dla całego jej otoczenia, mogło okazać się... niebezpieczne.
Will westchnął ciężko i strzepnął popiół do popielniczki, którą ustawił sobie na parapecie przed kilkoma minutami/
- Ach tak? - prychnął. - Marchant złożył ci wypowiedzenie? A może w końcu wydrapałaś oczy tej głupiej suce? W sumie jedno może wiązać się z drugim... - zmarszczył brwi, spojrzał w zamyśleniu w sufit i uniósł papierosa do ust.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Zaśmiała się, kręcąc głową.
- Och, jakże brzydkie słowa z ust literata, który tak pięknie pisze.
Doprawdy, trudno było się zorientować czy to był komplement czy wręcz przeciwnie, a może tylko niegroźna ironia. Podeszła do mężczyzny, by zaciągnąć się i skorzystać z popielniczki. Kątem oka dokładnie obserwowała jego reakcje.
- Będziemy dzielić razem to biuro. Do jutra pojawi się tutaj biurko, fotel i szafka. Więc nie bądź zaskoczony.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
Usłyszawszy nowinę, wstrzymał oddech i spojrzał na Theresę. Ta, niby od niechcenia, korzystała z popielniczki. William wiedział jednak, że w duchu pastwi się nad nim, czerpie przyjemność z pewnego rodzaju przestrachu, który w tej chwili nim owładnął. Przez to wszystko zapomniał o dymie papierosowym, który nadal kotłował się w jego płucach. Nagle, zginając się wpół, zaniósł się paskudnym kaszlem, a z każdym odchrząknięciem, z jego ust wydobywał się malutki obłoczek dymu.
Podniósł się na przemian blady, zielony i czerwony. Spojrzał z odrazą na papierosa, którego trzymał między palcami prawej dłoni i zmiażdżył go w popielniczce, mimo iż spalił go dopiero do połowy.
- Jak widzisz raduje mnie sama ta myśl - rzekł, strasznie chrypiąc, - ale musiała zajść tu jakaś okrutna pomyłka. Zważywszy na fakt, że nie zwykłaś bywać w redakcji...
Zauważyła, że zaczął nerwowo zacierać ręce i omijać ją wzrokiem? Na pewno. Will przeklinał się w duchu, że nie postarał się bardziej ukryć swoich emocji. Chwiejnym krokiem podszedł do dystrybutora z kawą. Tym razem jednak napił się innej. Delikatniejszej. Dużo mleka, mało kawy. Z nutką pitnej czekolady dla uspokojenia zszarganych nerwów.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
Odwróciła się tyłem do okna, przysiadła na parapecie. Paliła tego swojego papierosa i patrzyła na Williama. Dym kłębił delikatnie gdzieś w okolicach jej twarzy, by po chwili rozwiać się całkowicie. Uśmiechnęła się w końcu lekko. Nie, nie z theresowatością, ale chyba nawet z czymś na kształt sympatii. Lubiła to ironiczne podejście do świata, które charakteryzowała Doyle'a.
- Sytuacja uległa zmianie. - powiedziała niemal rozbawionym tonem głosu. - A ta zmiana wypada, bym przebywała w redakcji częściej niż sama bym sobie tego życzyła. - zaciągnęła się wolno, po czym wypuściła dym z płuc delikatnie, otwierając tylko nieco swoje pomalowane na czerwono usta. Dym powędrował po jej twarzy, by rozwiać się w okolicach włosów. - Nie martw się. Przecież nie zrobię ci krzywdy.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
- A od kiedy robisz coś wbrew swoim życzeniom tylko dlatego, że ktoś ci tak każe? - upił łyk kawy. Okropna lura. W ogóle nie czuć kofeiny. Ale przynajmniej słodka.
Jeśli Theresa postanowiła siedzieć w redakcji ze względu na polecenie Marchanta, to sytuacja musiała zmienić się wręcz diametralnie. Kto wie, może i on uległ urokowi osobistemu damy Reebentroff i dał się zaciągnąć jej do łóżka? A teraz, korzystając z niewinnego romansu, który kwitł w kuluarach siedziby „Kroniki”, postanowił zagonić w końcu do roboty jedną z najbardziej utalentowanych dziennikarek, jaką miał wątpliwy zaszczyt zatrudniać? Teoria dosyć odważna i ciekawa, ale cholernie mało prawdopodobna. Scenariusz godny co najwyżej kolejnej powieści, którą zbędzie napuszony wydawca... Na samą myśl William zacisnął zęby.
Uderzyły w niego jednak słowa Theresy. Słowa, jak słowa. To było coś na wzór zobowiązania.
- No to jak tak, to ja już czuję się bezpieczny... - William prychnął z przekąsem, zasiadając za swoim biurkiem.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2573
avatar
Theresa Reebentoff
- Och, czyli twoim zdaniem cała ta farsa to wynik czyjegoś nakazu? - uniosła brew w geście pobłażliwości.
Jeśli tak tak to widział, Theresa nie zamierzała go wyprowadzać z błędu. Niech będzie, że Marchant jej kazał. Oderwała się w końcu od parapetu, po ty tylko, by zastukać obcasami i podejść do - na razie jedynego - biurka w pomieszczeniu. Przysiadła na nim i nachyliła się lekko w stronę Doyle'a. Zielone oczy wpatrywały się wprost w mężczyznę.
- Będę tu, czy sobie tego życzysz, czy nie. Więc mamy dwa wyjścia. Albo będziemy sobie skakać do gardeł... - albo nie. - dłoń Theresy powędrowała w górę, a potem pstryknęła Doyle'a w nos. - Wybór należy do ciebie.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 90
avatar
William Doyle
- Po prostu wierzyć mi się nie chce, że wskoczyłaś do gabinetu Henry'ego i powiedziała coś na wzór: „Marchant, wstaw do gabinetu Willa moje biurko, fotel i szafkę. Mam zamiar dzielić z nim gabinet!” - biedny Willy; gdyby tylko wiedział, jak jego spekulacje bliskie są rzeczywistości...
Upił kolejny łyk „kawy” i odstawił kubeczek na blat. Zajął się zbieraniem rękopisów. Kiedy już miał wszystkie w jednym pliku, zaczął wpuszczać je do niszczarki, stojącej pod biurkiem. Przez moment zapomniał nawet, że Theresa jest w jego, ich, biurze, ale z zamyślenia wyrwał go stukot obcasów.
Podniósł się w momencie, gdy Reebentroff zasiadła na blacie. Will poczuł, jak wszystkie jego mięśnie się spinają, a twarz tężeje. Złapał się na tym, że zaciska palce na podłokietnikach fotela biurowego. Pstryczek w nos był czymś, czego najmniej się spodziewał - prawie podskoczył w miejscu. Spojrzał zirytowanym wzrokiem na swoją nową wspólniczkę.
- Nie jestem Fanny Cotton, nie mam zamiaru nikomu skakać do gardła. Ale nie myśl sobie, że stanę się jedną z twoich kukiełek, Reebentroff - powoli cedził każde słowo, mrużąc nieznacznie oczy.
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Redakcja "Kroniki"
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 23Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14 ... 23  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: STARE RPOZGRYWKI I WSZYSTKO :: Miasto :: Centrum-