IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Rynsztok

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
Admin
Liczba postów : 4129
avatar
Admin

Nie pytaj, co możesz znaleźć w rynsztoku. Zapytaj raczej, czego tu nie ma. Podobno kiedyś razem z nieczystościami, ktoś wrzucił tu oderwany kciuk.
Dla dzieci z najuboższych, w większości dysfunkcyjnych rodzin, rynsztok jest najlepszym miejscem zabaw i szansą na znalezienie czegoś cennego.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2106
avatar
dr Wiktoria Beowulf
Wiktoria była zdenerwowana. Może i wino i wygłupy z Olivierem zamaskowały na chwilę złość, ale kiedy wyszedł i kobieta jeszcze raz przeczytała gazetę gniew znów się w niej zebrał. Miała ochotę iść do szpitala, jednak najpierw musiała się przejść na dłuższy spacer. Jeżeli poszłaby tam w takim stanie - mogłaby zrobić jakiemuś pacjentowi krzywdę. Nawet o samą krzywdę nie chodziło, ale o to, że ktoś by to zobaczył. Teraz mogła przynajmniej odetchnąć. Miała na sobie płaskie, eleganckie buty, długą, czarną sukienkę - jak na wdowę przystało - oraz płaszcz z kapturem, z jakiegoś cienkiego, przewiewnego materiału. Głowę miała spuszczoną i stąpała powoli po chodniku. Inna kobieta mogłaby się bać, ale nie ona. Wiedziała, że sama ze sobą będzie tutaj bezpieczna.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 159
avatar
Kirk Kinkaid
cieciówka --->

Kirk zataczał się, jakby w jego krwiobiegu krążył już czysty bimber, a nie mieszanka krwi i alkoholu. Niósł z targu torbę z jedzeniem i musiał bardzo uważać, że jej nie wypuścić z rąk. Było mu niedobrze, więc wpatrywał się w linie płyt chodnikowych, by świat mu aż tak nie wirował, ale niewiele to pomagało.
W pewnym momencie z kimś się zderzył. Nic dziwnego, w końcu nie patrzył przed siebie. Opadł ciężko na tyłek, zakupy wysypały mu się z torby, a on sam nieopatrznie zamknął na chwilę oczy, bo go tyłek zabolał. Oj, to było bardzo głupie z jego strony... Nim zdążył cokolwiek zrobić, jakoś się odsunąć, ogórki, suszone mięso i bimber postanowiły opuścić jego żołądek. Tak, Kirk zwymiotował Wiktorii na buty. Siedząc na chodniku, więci trochę poleciało na jego spodnie.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2106
avatar
dr Wiktoria Beowulf
Wiktoria była na tyle zamyślona, że nie zdążyła odskoczyć na bok, kiedy ktoś na nią wpadł. Chciała zrobić mu przejście praktycznie w ostatniej chwili i niestety refleks nie zadziałał. Zatoczyła się, robiąc dwa kroki do tyłu. W końcu złapała równowagę, a kaptur spadł jej na plecy. Popatrzyła się na żula z niepokojącym błyskiem w oku i w pierwszej chwili nawet chciała mu podać rękę, żeby wstał i spieprzał w swoją stronę. Jednak kiedy już chciała się pochylić i chwycić go za szmaty ten... O fuj, jak można się tak komuś zrzygać na buty?!
-Jezu...
Kirk miał pecha, że trafił na gorszy dzień naszego drogiego pół-człowieka, pół-robota. Chwyciła go złotą dłonią za koszulę, tuż pod gardłem. Miała ochotę mu przypierdolić, ale nie zrobi tego tutaj, ktoś mógł zauważyć, a ona była dość ostrożna. Całe szczęście tuż obok była jakaś wąska uliczka, gdzie kawałek dalej stał śmietnik.
-Wstawaj.-warknęła, ciągnąc go do góry, po czym popchnęła w kierunku uliczki. Bidny pewnie albo się przewrócił, albo wyrąbał w śmietnik.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 159
avatar
Kirk Kinkaid

- Praszam - bełkotał, wycierając usta rękawem marynarki. Nie do końca zrozumiał, co właśnie się stało, ale ufajdane jego wymiocinami buty, na które właśnie patrzył, były przytwierdzonego do nóg, a to oznaczało, że na kogoś narzygał. Nim zdążył cokolwiek więcej zrobić, Wiktoria postawiła go na nogach. Na krótko, niestety, bo zaraz potem nie tylko się wyrżnął, ale i przywalił łbem w śmietnik.
Przekręcił się na plecy i popatrzył na kobietę z mieszaniną lęku i zdziwienia.
- Że co ty? - spytał mądrze, dotykając guza, jaki mu się właśnie tworzył na czole.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2106
avatar
dr Wiktoria Beowulf
-Że co ty.-powtórzyła za nim z mieszaniną kpiny i złości. Nie spuszczała z niego wzroku, który stawał się coraz bardziej natarczywy, a w błękitnych tęczówkach czaiło się zło, które sączyło się w jej żyły bardzo, bardzo powoli. To jednak starczyło, żeby sumienie się uciszyły i pozwalały działać adrenalinie.
-Ubrudziłeś mi buty...-nie powiedziała tego, raczej wymruczała ni to podniecająco, ni przerażająco. Następnie podeszła bliżej i uderzyła go od boku w kolano. Oczywiście protezą, żeby bolało mocniej.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 159
avatar
Kirk Kinkaid
- Praszam - wybełkotał znów i zaraz zaklął brzydko. Co ta baba w nodze?! Pomyślałby, gdyby był w stanie myśleć. Chyba kość się złamała, bo Kirkowi aż się oczki zaświeciły.
- Ło kurwa - mamrotał w kółko leżąc na chodniku i trzymając się za kolejną uszkodzoną kończynę.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2106
avatar
dr Wiktoria Beowulf
Wiktoria nie zareagowała na jego przeprosiny ani przeklęcia. Wpatrywała się w niego, jakby się nad czymś zastanawiała. Ciekawa była czy na takiego pijaczka ktoś w domu czeka. Wyglądał na osobę, która zbyt często wylewała za kołnierz. Jeżeli ma żonę, w co wątpiła, był dla niej tylko kolejną gębą do wykarmienia i kłopotem.
Uśmiechnęła się lekko, ale nie był to miły uśmiech. Popatrzyła się za siebie na ulicę. Nikt nie chodził.
Podeszła więc do Kirka i pochyliła się nad nim.
-Biedactwo.-szepnęła, a w oczach czaiło się chyba szaleństwo.
Chwyciła go mocno za szyję. Nie miała jednak zamiaru go udusić. Prawdziwą rękę przyłożyła do jego ust, żeby nie krzyknął, po czym uwolniła nóż schowany w protezie dłoni. Ostrze wbiło się w nóż mężczyzny jak w masło, przecinając pewnie ważniejsze żyły, tętnicę... A Wiktoria tylko odsunęła tylko nogę, nie chcąc pobrudzić sobie sukienki od krwi.
-Dobranoc.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 159
avatar
Kirk Kinkaid
Och. Tego się Kirk nie spodziewał. Zaklął cicho raz jeszcze, bo i więcej nie zdążył powiedzieć. Poczuł przeszywający ból, gdy nóż wbijał się w jego szyję. Ostatkiem sił próbował się wyrwać, ale niewiele to dało. Kilka chwil później nastała całkowita ciemność. Kirk Kinkaid nie żył. Wykrwawił się na śmierć w rynsztoku.
Nikt na niego nie czekał. Nikt po nim nie zapłacze. Pewnie nikt nawet przez dłuższy czas nie zorientuje się, że go brakuje. Chyba że któremuś z lokatorów znów zacznie przeciekać bojler.
Smutny koniec nędznego życia Kirka Kinkaida.

/KONIEC
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 2106
avatar
dr Wiktoria Beowulf
Wiktoria stanęła z boku, patrząc jak krew wypływa z trupa, który jeszcze przez chwilę był szamoczącą się żywą istotą. Niektórzy ludzie są zbyt marni, by mogli żyć. Przetrwają tylko najsilniejsi.
Emocje się w niej mieszały, była podniecona jak po dobrym stosunku. Pierwszy raz zabiła człowieka. Otrząsnęła się z szoku, po czym sięgneła do torby, którą mężczyzna miał ze sobą. Znalazła tam jakąś chusteczkę, czy szmatkę i przetarła sobie dłoń, po czym wytarła buty. Co w tej torbie było? Jakieś jedzenie. Popatrzyła się jeszcze raz na trupa. Założyła sobie torbę na ramię i wyszła z uliczki, zakładając wcześniej kaptur. Nie chciała by ktokolwiek ją poznał.
Kawałek dalej, pewnie za jakimś zakrętem, zauważyła trójkę dzieci bawiących się na schodach przed kamienicą.
-Smacznego.-mruknęła, rzucając torbę z jedzeniem. Nie oglądając się za siebie skierowała się z powrotem do miasta.

/zt
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 1293
avatar
Aaron Fechner
---> Ulica szósta

Co tu robiłem, stałem jak słup, czekałem, nie, żebrałem o papierosa. Nawet go dostałem od przechodnia, delektowałem się każdym bachem. Tak kurczył mi się portfel, węgiel zamrożony, nie przychodziło mi nic innego jak pójść do O'Shea.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 726
avatar
Clementina Pike
Zaraz dało się słyszeć dudnienie butów na schodach przeciwpożarowych najbliższego budynku. Tak, to Clem znowu zbiegała ze spaceru po dachach. Na co jej to było, cholera wie! Może tylko po to, by żadna policja jej nie znalazła, gdy będzie się szlajać po ulicach.
- Aaron!
Zawołała do mężczyzny i zamiast rozłożyć schody jak przystało na normalnego człowieka, dziewczyna zeskoczyła na wielki kontener, a zaraz potem na ziemię, wielce z siebie zadowolona.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 1293
avatar
Aaron Fechner
- Kurwa! - rzuciłem do młodego prekursora parkour'u.
- A ty co... ale żeś mnie wystraszyła chcesz żebym na zawał zszedł...
Spojrzałem na nią szedłem do Jaspera, coś mi przyszło do głowy, skoro już się mała znalazła, warto by było aby zaraz nie przepadła, musiałem o to zadbać gdyby coś mi się stało.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 726
avatar
Clementina Pike
- Dobra, dobra. Już nie rób z siebie takiego hop do grobu!
Zaśmiała się i podeszła do Fechnera, by niemal całym ciałem szturchnąć go w bok. Zaplotła ramiona na piersiach i przyjęła podobną pozycję do swego przyjaciela.
- No i co tam?
Czy ona sobie żarty robiła, spoglądając na Aarona z niejaką konspirą?
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 1293
avatar
Aaron Fechner
- Co co tam... dobrze a u ciebie, masz coś dla mnie? - uśmiechnąłem się potem to ja szturchnąłem ją w ramię.
- Nie ważne, później teraz poznasz kogoś, przyda ci się trochę kontaktów w tym cholernym brudnym mieście.
Rzuciłem kiepa na ziemię przydeptując go butem potem ruszyłem w stronę mieszkania Jaspera.

ZT x2 ---> Mieszkanie Jaspera
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Piętnaście godzin. Ile to minut? Piętnaście razy sześćdziesiąt to dziewięćset, dziewięćset minut odkąd wstałam z łóżka. Sekund jeszcze więcej, będzie w tysiącach. Dzisiaj udało mi się przespać trzy godziny. Trzy godziny snu, tego gęstego, ciemnego, wciągającego cię w głąb jak melasa, trzy godziny zawieszona w próżni. A potem, jak zwykle, pierwsze przebłyski, otwarte usta, laski dynamitów, huk wybuchów i krew. Obudziłam się zlana potem.
Trzy godziny to całkiem niezły wynik. Już dawno nie spałam tak długo.
Mimo to stoję pośrodku rynsztoku, rozmasowuję dłońmi skroń, boli mnie głowa. Bolą mnie też plecy od dźwigania torby, nogi bolą od chodzenia. Motocykl zostawiłam na podwórku znajomego, zapłaciłam kredytem za pilnowanie - polityka ograniczonego zaufania. Codzienne dojeżdżanie kolejką parową zajęłoby zbyt wiele czasu, nie mogę sobie pozwolić na opóźnienia w pracy. Nie dzisiaj. Nie nigdy.
Trzydzieści sekund przerwy. Tyle właśnie mi potrzeba. Trzydzieści sekund na zatrzymanie pośrodku rynsztoku, na słuchanie śmiechów dzieci (lubię ten dźwięk nieskażonej niczym radości, lubię myśleć, że tak brzmi szczęście. Może ja też kiedyś się tak śmiałam, nie pamiętam jak było przed Wojną. Może siedziałam z mamą w laboratorium i przelewałam wodę do probówek, może byłam jej małą asystentką i byłam odpowiedzialna za czystość szkiełek? Nie wiem, nie pamiętam. I wolę się nad tym nie zastanawiać, nie teraz, nie dzisiaj, nie nigdy. Nie mam czasu na uczucia, my, dzieci wojny, ograbione z emocjonalności), na masaż skroni. Trzydzieści sekund, trzydzieści poruszeń wskazówki, brzmi dla mnie jak nieskończoność.
Potem znowu będą okłady i bandaże, i łzy, i głód i zniszczone protezy, nie będzie już śmiechu a łkanie. Czasem patrząc na to wszystko myślę - a niech tak będzie, tato, zróbmy to. Znajdźmy starca z zasobniejszym portfelem niż rozumem, z wielką, wypchaną kredytami sakwą. On umrze a ja te wszystkie pieniądze wydam tutaj, postawię darmowy szpital a obok warsztat. A na dodatek stołówkę. I już nie będzie ani głodu, ani choroby, ani tych brakujących kończyn. Recepta na naprawę świata.
Potem jednak sobie przypominam, że to wcale nie jest takie proste, że oprócz pieniędzy są też ludzie, ci najwyżej, ci którym odpowiadają wszelkie podziały. Ci z pełnymi kieszeniami. I ci wszyscy lekarze zajęci zbieraniem mamony, przedsiębiorcy napełniający brzuchy, sama nie naprawię świata nie ważne jak bardzo bym tego chciała. Chociaż, co mnie obchodzi świat, mnie obchodzą tylko te dzieci śmiejące się beztrosko. Myślę czasem, że chciałabym by nigdy nie musiały przestać. Chwilę potem doprowadzam się do porządku, Arden, bądź rozsądna.
Każdy kiedyś musi dorosnąć. Ty miałaś trzynaście lat. Ich też to czeka.
Trzydzieści sekund przerwy. Tyle czeka mnie beztroski.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Szczęśliwi czasu nie liczą. Tak mówią. To taka ściema. Po prostu każdy przelicza wszystko inaczej. Dzieli dni na części, wyznaczając własne punkty odniesienia. Zupełnie jak ja. Doskonale wiem, że Arystokrata (kot mój mechaniczny, nazwany tak na złość papie - w tych krótkich chwilach nie-szaleństwa przynajmniej fakt, że postąpiłem mu na przekór, sprawia, że jest w stanie wykrzesać z siebie odrobinę płomiennych, nieco żywszych w odcieniach emocji: bo nigdy nie przepadał za klasą wyższą) dokładnie o siódmej rano drapie mnie po nosie, Adams zagląda do warsztatu w porze obiadu, a stara Smith punkt szesnasta wywiesza na drzwiach sklepu tabliczkę z napisem “już nie otwarte” (tak, dokładnie tak, bo ponoć raz w życiu chciała posilić się na wątpliwą oryginalność; tak tylko słyszałem, bo dotąd nigdy nie zamieniłem z nią ani słowa).
Szczęśliwi nie zrywają się z łóżka oblepieni potem.
On też czasem budzi się z krzykiem w środku nocy. Bełkocze o wybuchach, o ogniu, o jaskrawości oślepiających świateł. O śmierci. O tym, że mu ją zabrali. O tym, że nie chce umierać. Nie umierasz, ojcze, nie umierasz. Powtarzam jak mantrę. To moja prywatna modlitwa. Taki mój różaniec. Do ojca. Nie do Boga. To szczęście wiedzieć, że w końcu zostanie się wysłuchanym, że przyjdzie chwila, w której to on zacznie powtarzać to jedyne, słuszne zdanie. Nie pytaj mnie o nią.
O matkę. O wojnę.
Ty też liczysz swój świat inaczej. Jaką wartość ma dla ciebie liczba przespanych godzin?
Szczęście jest wtedy, gdy wiesz, że chcesz, a nie, że musisz się uśmiechać. Jest wtedy, gdy kąciki ust same układają się w wesołą podkowę, gdy naprawdę nie kontrolujesz kolejnych wybuchów śmiechu. Tak dawno straciłem tę umiejętność, tak bardzo upodobniłem się do wszechobecnych mechanizmów, działających tak, jak je twórca nastawił, że już nie czuję, że ten mój brak empatii to tak, jakby ktoś wyrwał mi z piersi kawałek serca.
Wszyscy mamy w sobie tyle pustki. My, dzieci wojny. Wychowani na wybuchach, na krzykach, na kolejnych falach płaczu.
Są tacy ludzie, za którymi przepadam, ale i do których zbliżam się z pewnym wahaniem. Jakbym chciał przeniknąć wgłąb najbliższej mi ściany, przemknąć bokiem, znaleźć się nagle po drugiej stronie ulicy. Czasem myślę, Arden, że za dużo jest w tobie dobroci. Powinnaś sobie pozwolić na krzyki pełne gniewu, machnąć na to wszystko ręką. Odwrócić się i tak po prostu - odejść. Może nawet tak postępujesz, ale przecież ja znam cię jedynie od tej zawodowej strony. Nawet jeśli jesteśmy w tym samym wieku, nawet jeśli potrafimy wymieniać ze sobą te szczególne rodzaje spojrzeń, to potem zawsze niezdarnie dziękuję ci skinieniem głowy, wciskając w dłonie kilka wygrzebanych z dna szuflady monet. Właśnie tego nie lubię najbardziej. Właśnie dlatego zbliżam się do ciebie z tak nieumiejętnie skrywanym wahaniem.
Czuję się jak żebrak. Czuję się jak złodziej. Nie jak wolny człowiek. Zależność od innych pozbawia mnie pewnej jej cząstki. Czuję się ułomny.
- Jednak pozostało jeszcze na świecie nieco dobroci. - Zupełnie jakbym czytał ci w myślach, głową wskazuję na grupkę dzieci, kucających tuż przy rynsztoku.
Śmiech. Ma właściwości lecznicze. Śmiech leczy rany.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Nie chcę od ciebie pieniędzy, nie chcę od ciebie żadnej wdzięczności, zawsze kręcę głową na te kilka monet z szuflady. Zostało ci? To kup chociaż jabłko jednemu z wygłodniałych dzieciaków, ja nie potrzebuję twoich rili. Mam swoje w kieszeni, więcej niż mi potrzeba. Bo i co mi potrzeba - łóżko do spania, trochę muzyki, czasem papieros. Dzisiaj nie mam, zapomniałam kupić. Często zapominam.
To nawet nie nałóg, po prostu nie lubię mieć wolnych rąk.
Nie wciskaj mi do rąk żadnych pieniędzy, nie chce ich od ciebie. Czułabym się brudna kupując za nie cokolwiek, czułabym się jak śmieć idąc do sklepu i płacąc nimi za nową kieckę. Czasem przechodząc obok wystaw widzę - a to ładne, to też, ale zaraz potem przeliczam. Jedna sukienka to dziesięć metrów bandaży, antybiotyki, strzykawki, czasem nawet części do protezy. Jedna sukienka może uratować kilka żyć, odwracam wzrok, niech kupi ją jakaś pusta panna, niech się w niej po mizdrzy do bogatego starucha, to nie jest moje miejsce. Brudzę dywany na salonach swoimi znoszonymi butami, ale czy to czyni mnie lepszą od kogokolwiek?
Nie sądzę.
A widzisz, ja tak bardzo lubię patrzeć na ludzi z wyższością. Oceniać ich ubiór i przeliczać na lekarstwa, na język cisną mi się moralitety. To nie moja działka, nawraca ludzi, muszę sobie o tym przypominać każdego dnia. Więcej robienia, mniej mówienia.
I tutaj wcale nie chodzi o jakąś dobroć, o chęć pokazania się czy możliwość wywyższania, patrzcie - Arden-wybawicielka-świata. Po całym dniu pracy mam z tego dodatkową godzinę snu. Dwie zamiast jednej. Czasem trzy. Trzy godziny zanurzania się w ciepłej ciemności, trzy godziny braku, nie-czucia. Totalna pustka. Nie tylko częściowa, nie ten tępy ból w klatce piersiowej, wrażenie niekompletności, braku czegoś - sama nie wiem czego, bo nie pamiętam już jak było inaczej. To po prostu nic. Praca do późna, potem prysznic, uzupełnianie papierów dopóty litery nie zleją się, nie stracą sensu. Wtedy można po prostu paść na łóżko, zamknąć oczy i zniknąć.
Chociaż na tę godzinę. To moja cena.
I jeszcze coś, jakiś głupi przymus, niemożność odwrócenia wzroku. Obojętnego przejścia obok. Czasem kiedy widzę poobijane, wygłodzone dzieci i pijanych, rozszalałych ojców chcę wszystkim rzucić i krzyknąć - nie zasługujecie, marnujecie moją pracę! Potem sobie przypominam.
Wszyscy jesteśmy dziećmi wojny. W każdym z nas jest pusto.
Znam twojego ojca, papa Tarver. Znam go dobrze, słucham jego nieskładnych słów. I rozumiem wszystko co mówi. Widzę to przed oczami. Wybuch. Wybuch. Kolejny wybuch. znowu mam trzynaście lat, znowu stoję pośrodku rozgrabionego laboratorium. Schowaj się, mówi matka, a ja nie zadaje pytań i wchodzę do szafki. Tej samej z której kilka lat wcześniej wyciągałam kolejne szkiełka czy probówki, to był inny świat. Potem słyszę odgłosy ciężkich butów, potem jest krzyk, więcej krzyku, szarpanina. Głuchu odgłos upadającego ciała. Zaciskam dłonie na ustach, staram się nie oddychać. Potem znowu odgłos ciężkich kroków. Chwila ciszy - wydawała się być wiecznością. I ten huk. Oszałamiający. Trzęsie się podłoga. Resztki szkła lądują na ziemi. Siedzę w ciemności, sama, mijają sekundy, minuty, godziny, robi się coraz zimniej, nawet cieknące po policzkach łzy są zimne, nie wydaje z siebie ni odgłosu. W końcu mnie znajduje, ojciec, skuloną, skostniałą, przerażoną, wyciąga mnie z kryjówki.
Jego oczy są puste.
Po matce nie zostały nawet rzęsy.
Rozumiem. Każde słowo. Chociaż wolałabym nie - nigdy.
- Albo wróciło jej trochę - nie odwracam jeszcze wzroku w troją stronę, daj mi jeszcze kilka sekund popatrzeć na te dzieci. Nie mogę uwierzyć. My też tacy byliśmy. Kiedyś - Albo jeszcze nie zdołano jej zniszczyć… - nie pamiętam kiedy śmiałam się po raz ostatni.
Potrafiłbyś mnie rozbawić?
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 330
avatar
Laura Leviani
---> Różowa koronka

Noc, ciemna uliczka. Duży postawny mężczyzna szedł z workiem na plecach ciemna uliczka, skrywała jego twarz, brak elektryczności w tej części miasta była dodatkowym atutem, gdy dotarł do kupy śmieci wrzucił worek z poćwiartowanym klientem z kiłą. Potem oddalił się w nieznanym kierunku.

ZT
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
Nie chcę, nie potrzebuję litości. Twojej. Niczyjej. Wygrzebałbym wszystkie drobne z kieszeni, sprzedał któryś z mebli z mieszkania, tylko po to, by wcisnąć ci najmniejszą nawet zapłatę. Z każdym słowem, wyuczoną formułką odmowy płynącą z twoich ust, mam wrażenie, że wymierzasz mi kolejny policzek. Nie chcę po raz kolejny nadstawiać drugiego. Nie chcę w myślach znowu padać na kolana - niekoniecznie przed tobą, przed każdym, kto czuje się w obowiązku, aby mi pomóc, ulżyć w nieszczęściu. Taki zimny okład na wciąż żarzące się rany. Ale on nie pomaga. Nie na dłuższą metę - sama powinnaś doskonale o tym wiedzieć. W końcu jesteś lekarzem. Specjalistą. To jedna z wielu sytuacji, w których naprawdę potrzeba czegoś więcej.
Nie głaskaj mnie więc z pobłażaniem po głowie. Niech nasza znajomość opiera się na wzajemnym szacunku. Spróbuj zrozumieć, że wychowaliśmy się inaczej. Nie widzisz tej przepaści między moim, a twoim światem? Może niekoniecznie miałaś wstęp do świata wyższych sfer, może nie wdziewałaś modnych sukni tylko po to, by na ułamki sekund wkroczyć na salony. Mimo to chyba nie wiesz, co to znaczy nie mieć nic. Ja wiem. Nawet jeśli teraz wiążę koniec z końcem, wcześniej nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem. Jednak, jakkolwiek by to nie brzmiało, nie narzekam. Nie chcę udowodnić ci jak bardzo się różnimy, jak obce mogą wydawać się nam nasze punkty widzenia. Nie użalam się, nie pragnę, abyś spojrzała na mnie zupełnie inaczej. Bądźmy równi, po prostu. Nie stawiajmy żadnego z nas na piedestale i na odwrót - nie wgniatajmy tego drugiego ostrym obcasem w ziemię.
Bądźmy po prostu ludźmi.
W każdym z nas jest pusto. Przez utratę matki, przez wojnę. Może niepotrzebnie wybiegając mymi myślami w przyszłość, ale może lepiej, żebyśmy nie szukali w sobie wzajemnie oparcia. Bo wiesz, pustka ma to do siebie, że nie bardzo można się o nią oprzeć. Jest nicością. Próżnią. Bezładem. Bezwładem. Nie płynie. Nie stoi. Nie rusza się. Nie trwa w bezruchu. Nie ma jej. My nie istniejemy, Arden. Każde na swój sposób.
Ile dzieci wojny tyle sposobów na zapominanie. Wyrwania się ze świata męczącej świadomości, chaosu umysłu, krążących w głowie myśli, tylko po to, aby zanurzyć się w rutynie. Tylko po to, aby mieć wrażenie, że nie żyjemy na darmo, że nasza egzystencja naprawdę może coś jeszcze znaczyć.
Papa Tarver. To zaskakujące, ale to właśnie ty masz na niego ożywczy wpływ, przy tobie zachowuje się nieco inaczej. Jakby spokojniej, sprawiasz, że na jego twarzy choć na chwile pojawia się wyraz ulgi. Wszyscy słyszeli o tym, co przytrafiło się twojej matce. Może właśnie dlatego. Pieprzona nić porozumienia, o której istnieniu chcielibyśmy zapomnieć. To nie połączenie serc - to karykaturalnie związane ze sobą kawałki dusz, które w tragedii szukają porozumienia.
Ja nie wiem. Jak zginęła matka, w jaki sposób oni, źli ludzie (jak to infantylnie brzmi w ustach już niemal trzydziestoletniego mężczyzny - ale prawda jest taka, że przez swoje zagubienie chyba nigdy nie przestałem czuć się jak dziecko), nam ją zabrali. To tak jakby ktoś grał ze mną w tą głupią grę - jakby na chwilę zasłaniali mi oczy, mówiąc: nie ma! jest! Zabawiali się tak ze mną - tyle, że po którymś razie, ona nie pojawiła się z powrotem. Wiesz, chyba od tamtego momentu wciąż siedzę z zamkniętymi oczami, zaciskając z całej siły powieki i czekam na chwilę, w której ktoś znowu każe mi je otworzyć. Czasem - raczej w snach, bo przecież takie rzeczy nie mogłyby zdarzać się na jawię - wmawiam sobie, że w końcu przyjdzie ta chwila. Ciepły cichy szept wyrwie mnie do prawdziwego życia, w którym niektóre sytuacje po prostu nie miały miejsca.
Przechylam lekko głowę, wiem, że w końcu zwrócisz twarz w moją stronę.
- A może po prostu musimy sobie uświadomić, że one TEGO nie zaznały. - Szczęściarze. Źle tak zazdrościć. Smutno zdawać sobie z tego sprawę. - Wystarczyłoby tylko urodzić się jakieś dziesięć lat później. Wtedy przynajmniej niewiele byśmy z tego pamiętali... - Czcze, dziecinne życzenia, tak niewarte wypowiadania na głos.
Tacy jesteśmy zgorzkniali. Tacy pozbawieni prawdziwego uśmiechu. Czy to te złe wspomnienia czynią z nas ludzi nieszczęśliwych, czy jesteśmy nieszczęśliwi, bo trudno nam wysunąć na pierwszy plan świadomości te lepsze rodzaje wspomnień?
Może kiedyś mi się uda. Może pewnego dnia pozwolisz mi na to, abym cię rozbawił. Może kiedyś w naszych uszach wybrzmi jeszcze szczery śmiech.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość
To nie jest litość. Ja się nie lituje - nie lubię tego słowa. Jest w nim cała masa żałosności, przebrzmiewają jakieś brudne, smutne nuty, błoto, syf, słyszę litość i mam przed oczyma ubezwłasnowolnienie. Jest też ta dziwna wibracja jakiej ciepłej emocji, empatii, sama nie wiem jak to nazwać, ale to nie podoba mi się najbardziej ze wszystkiego.
Ja nie jestem ciepła. Nie jestem też empatyczna. Ludzie często łączą moją pracę, moje powołanie, tworzą obrazek człowieka świętszego od wszystkich świętych, dobrej osoby emanującej jakimś blaskiem, przynoszącą ulgę samym dotykiem. Ja mam lekarstwa, penicylinę, bandaże, nożyce, często sprawiam ból. Potem się jednak goi - ale to nie jest zasługa mojej dobroci, to po prostu wiedza.
Działam głową, nie sercem.
Serce służy jedynie do pompowania krwi, to nie jest żaden dom dla duszy, żadne centrum ciepła, dobra, miłości, to po prostu mięsień. Jeden z najważniejszych - wciąż jedynie mięsień.
Mam szacunek - do ciebie, do każdego człowieka którego spotykam tutaj, do wszystkich spracowanych rąk, do każdego pyłu węglowego za każdym połamanym paznokciem. Nie przychodzę tutaj z pozycji człowieka lepszego, z wyższej sfery, tego który widział raj i zszedł nieść dobrą nowinę do podziemi, uważając przy tym by nie pobrudzić sobie ubrań. Nie jestem żadną damą wykonującą pracę charytatywną bo to ostatnio modne. Może mam w kieszeni więcej monet, może nigdy nie zabrakło mi jedzenia na talerzu, może wiem jak potrafią smakować pyszności o którym nie śniło się tutejszym dzieciom, ale to nie zmienia niczego.
Jasne, zarzuć mi teraz, że to gadanie mieszczańskiej dziewczyny - ja naprawdę nigdy nie przywiązywałam wagi do pieniędzy. Nie ma we mnie potrzeby posiadania, wydaje wszystko co mam na rzeczy potrzebne. Przyjemności, starczy mi ta jedna, muzyka. Kolekcjonowanie nigdy nie było moją mocną stroną. Zawsze mnie nudziło.
Jestem po prostu człowiekiem. Tylko to tak mało znaczy. Co to znaczy na dobrą sprawę?
Jesteśmy doskonałymi mechanizmami. Łączenia mięśni, ścięgien, kości, układ krwionośny - nawet najsprawniejszy mechanik nie odda precyzji ludzkiego ciała. Mózg jako centralny system kierowania, tak skomplikowany w swej prostocie, tak magiczny organ odpowiedzialny za wszystko. Każda komórka świadczy o tym kim jesteśmy.
Nie potrzebuję oparcia. Nie doszukuję się sensu tam gdzie go nie ma, nie szukam odpowiedzi w nicości. Nie ma we mnie potrzeby znalezienia odpowiedzi na wszystko. Wiem, że odpowiedzi nie ma w ogóle. I godzę się z tym.
Nie potrzebuje sensu. Życia. Istnienia. Wojny. śmierci. Dobra. Początku. I końca. Nie zastanawiam się nad problemami których nie mogę rozwiązać. Może dlatego też tyle pracuję? By nie myśleć? Nie wspominać? Nie analizować? Nie szukać światła w nicości, nadziei tam gdzie jej nie ma.
Niebytu nie ma, tak mówią.
Nie wierzę im. Nigdy nie trafili w te strony.
Ty grasz w dziecięcą grę i mocno zaciskasz powieki. Ja ukrywam się w szafce. Wiesz - może wciąż tam jestem? Może ty dalej grasz? Może obydwoje zasnęliśmy i wszystko co dzieje się dookoła nas jest jedynie snem. Snem. Złym snem. Zaraz się obudzimy - znowu mając trzynaście lat. Mnie wyciągną z szafki ciepłe ramiona mamy, obejmie mnie ciasno ramionami, zrobi mi się ciepło. Po raz pierwszy od piętnastu lat.
Od piętnastu lat jest mi tak bardzo zimno.
Od piętnastu lat trzymasz oczy szeroko zamknięte.
W głębi duszy jesteśmy tylko przerażonymi dziećmi czekającymi na wybawienie.
- Tego - powtarzam głucho, patrz, kolejne ciało na stercie śmieci, patrz, kolejne truchło, coś co kiedyś było człowiekiem traci swój kształt. Wolne studium rozkładu, już za chwilę robaki zaczną swoją robotę. Rozdmuchają truchło, zjedzą, przetrawią, pokażą nam kim jesteśmy naprawdę.
Niczym ponad kolejną zgniliznę.
- Tego - powtarzam znów i odwracam głowę, patrzę na ciebie, spójrz na mnie. Stoimy naprzeciw siebie. Ja. Ty. Pomiędzy nami przepaść. Pamiętaj. To tylko sen. Ja ukrywam się w szafce. Ty masz zamknięte oczy - Zawsze jest jakieś to. Wojna. Głód. Śmierć. Może nie pamiętają wybuchów, ale to tylko jeden z demonów. Prędzej czy później znajdą własne.
Chociaż z całego serca chciałabym, żeby nie znalazły ich nigdy.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 84
avatar
Elias "Szkodnik" Wiggin
Szkodnik był obecnie w pracy. Łaził po mieście i szukał złomu, nic ciekawego, codzienna rutyna. Mały chłopiec w białej koszuli i pulowerku ciągnął za sobą nie za duży, prowizoryczny wózek, a w nim znaleziony dzisiaj złom. Nie było tam tego dużo, ale miał jeszcze cały dzień. Postanowił zajrzeć do rynsztoka. Z jednej strony nie lubił tego miejsca, bo śmierdziało. Z drugiej strony, każdego dnia było tam coś nowego. Chłopak przykucnął przy rynsztoku, zakasał rękawy koszuli, żeby jej zbytnio nie ubrudzić, i włożył rękę do cieczy (bo wodą tego nazwać nie można). Długo nie musiał szukać żeby jego ręka na coś się natknęła. Metalowy samochodzik, bez kół, nada się tylko na złom. Parę śrubek i śrubokręt. Niestety, dużo to to nie jest. Gdyby był mechanikiem pewnie cieszyłby się bardziej z tego znaleziska. No ale jest tylko złomiarzem, a za śrubokręt i parę śrubek mało mu zapłacą.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 131
avatar
Marry Bartlett
/ początek / z niebytu

Marry miała dzisiaj sporo spraw do załatwienia. Pomagała w opiece nad małym Jensenem, a do tego trzeba było zająć sie całym mieszkaniem Moncreiffów, zadbać o panią Moncreiff, a do tego wszystkiego miała jeszcze dzisiaj skoczyć do Reebentoff, żeby posprzątać. Po burzy nie było łatwo, ale powoli już niemal wszystko było chyba ogarnięte przez władze miasta. Chociaż oczywiście Trzecia Strefa została pozostawiona niemal sama sobie... Westchnęła.
Teraz wracała z targu z drobnymi zakupami - miała je zostawić u Theresy, wiedziała, że dziennikarka na pewno nie myśli o tak prozaicznych rzeczach jak zakupy, więc pewnie lodówkę miała pusta. Marry zmarszczyła nosek na tę myśl. Lubiła Reebentoff, ale uważała tez, że przydałoby sie jej pomyślenie czasem wlasnie o prozaicznych rzeczach. A nie tylko te intrygi i romanse...
Uwagę dziewczyny przykuł mały chłopiec. Był brudny i najwyrazniej czegos szukał. Serce Marry az sie krajało na mysl, ze dzieci cierpią w Trzeciej Strefie nie tylko z powodu głodu i kiepskich warunków, ale także i przez to, co przyniosła burza piaskowa. Podeszła do szkraba z lekkim łagodnym uśmiechem, jakby chciała oswoić małe zwierzątko.
- Cześć. - zagadnęła uprzejmie. Nie pytając czy jest głodny, wyciągnęła z koszyka słodka bułkę i podała chłopakowi. - Trzymaj.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 84
avatar
Elias "Szkodnik" Wiggin
Szkodnik przeczekał burzę na dworcu. Ale nie można było cały czas się chować, szczególnie że musiał pracować by dostać pensję. Pan Stach dużo mu nie płaci, ale wystarczająco by choć raz dziennie coś zjeść. Chłopak zaczyna pracę już o 6 rano, a kończy w zależności od tego ile uzbiera. Chłopiec zauważył że zbliża się do niego jakaś dziewczyna. Nie wyglądała groźnie, ale kto wie, mogła go napaść i zabrać mu cały złom. Młody uspokoił się kiedy dziewczyna wyjęła bułeczkę. To znaczy że nie ma złych zamiarów. -Dziękuję- podziękował, wytarł brudne ręce o spodnie i wziął od dziewczyny bułeczkę. Zjadł ją szybko, wręcz na dwa gryzy. Mógłby ją zostawić sobie na później, ale tutaj to nic nie wiadomo. Za duże ryzyko że go ktoś okradnie, a możliwe że będzie to jedyna rzecz jaką dzisiaj zje. W zależności od tego ile dzisiaj uzbiera.
Powrót do góry Go down
Liczba postów : 131
avatar
Marry Bartlett
Chłopiec wygladal, jak zaniedbane zwierzątko, a przynajmniej taka myśl nasunęła się zmarły, gdy na niego patrzyła, jak ten pałaszuje tę bułeczkę. Zmarszczyła lekko brwi w zatroskanym geście. Miała jeszcze tyle pracy, tyle obowiązków do wypełnienia... Ale po prostu nie mogła odejść obojętnie. Na świecie i tak było za dużo tej obojętności. Przykucnęła więc przy chłopcu, choć przecież tak niewiele mogła zrobić.
- Jak się nazywasz? - zapytała łagodnie. - Jeśli jesteś jeszcze głodny mogę dać ci jeszcze jedną.
Jasne, że był głodny. Jak nie teraz, to na pewno za chwilę będzie. Marty po prostu chciała nawiązać jakiś dialog. Sama nie wiedziała dlaczego.
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
Rynsztok
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: STARE RPOZGRYWKI I WSZYSTKO :: Miasto :: Slumsy-